Gość (83.4.*.*)
To pytanie krąży w kuluarach uczelni i w internecie od lat, obrastając niemal w legendę. Często słyszy się żartobliwe stwierdzenie, że na psychologię idzie się po to, aby wyleczyć samego siebie. Czy jest w tym ziarno prawdy? Jak to zwykle bywa w psychologii – odpowiedź brzmi: to zależy. Choć nie można generalizować i twierdzić, że każdy student psychologii zmaga się z traumami, faktem jest, że własne doświadczenia często stanowią silny impuls do wyboru akurat tej ścieżki kariery.
Koncepcja „zranionego uzdrowiciela” (ang. wounded healer) wywodzi się z psychologii analitycznej Carla Gustava Junga. Sugeruje ona, że osoby, które same doświadczyły cierpienia psychicznego lub trudnych sytuacji życiowych, mogą mieć większą motywację do pomagania innym. Dlaczego tak się dzieje? Przede wszystkim dlatego, że takie osoby często posiadają naturalnie rozwiniętą empatię i głębokie zrozumienie dla ludzkiego bólu.
Wielu kandydatów na studia psychologiczne faktycznie przyznaje, że ich zainteresowanie mechanizmami ludzkiego umysłu wzięło się z chęci zrozumienia własnych emocji, relacji rodzinnych czy przeżytych kryzysów. Nie jest to jednak niczym złym – pod warunkiem, że studia nie są traktowane jako substytut terapii.
To jeden z najczęstszych błędów poznawczych osób wybierających ten kierunek. Studia psychologiczne to przede wszystkim nauka, statystyka, biologia mózgu, psychometria i dziesiątki teorii osobowości. Program studiów jest skonstruowany tak, aby przekazać wiedzę akademicką i narzędzia diagnostyczne, a nie po to, by rozwiązywać osobiste problemy studentów.
Osoby, które idą na psychologię z nadzieją na „autoterapię”, często przeżywają spore rozczarowanie na pierwszym roku, gdy zamiast głębokich rozmów o emocjach spotykają się z arkuszami Excela i anatomią układu nerwowego. Warto pamiętać, że:
Osoba, która przeszła przez własny kryzys i przepracowała go (najczęściej na własnej terapii), może stać się genialnym terapeutą. Ma ona unikalną perspektywę i potrafi autentycznie współodczuwać z pacjentem. Jednak medale mają dwie strony. Jeśli przyszły psycholog nie upora się ze swoimi „demonami”, ryzykuje wystąpienie zjawiska zwanego przeciwprzeniesieniem. Polega ono na rzutowaniu własnych emocji i problemów na pacjenta, co może być szkodliwe dla obu stron.
Właśnie dlatego w większości szkół psychoterapii (które kończy się po studiach magisterskich) własna terapia własna jest obowiązkowym elementem szkolenia. To swoisty „atest bezpieczeństwa” – psycholog musi być świadomy swoich czułych punktów, aby nie stały się one przeszkodą w pracy z drugim człowiekiem.
Badania nad kondycją psychiczną grup zawodowych nie dają jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, czy psycholodzy mają więcej problemów niż np. inżynierowie. Wiadomo jednak, że są oni bardziej świadomi swoich stanów emocjonalnych i częściej korzystają z pomocy specjalistów. To, co postronny obserwator może uznać za „problemy ze sobą”, dla psychologa jest po prostu dbaniem o higienę psychiczną.
Warto podkreślić, że na psychologię trafia mnóstwo osób, które nigdy nie miały poważnych kryzysów psychicznych. Ich motywacją może być:
Podsumowując, choć statystycznie na psychologii może być nieco więcej osób z „historią” niż na kierunkach technicznych, nie jest to regułą. Własne problemy często bywają katalizatorem wyboru tej drogi, ale to pasja, empatia i rzetelna wiedza decydują o tym, kto zostaje dobrym specjalistą. Najważniejsze jest to, aby każdy przyszły psycholog pamiętał, że dbanie o własną głowę to nie tylko opcja, ale zawodowy obowiązek.