Gość (37.30.*.*)
Zwyczaj nazywania osób niespokrewnionych „ciocią” lub „wujkiem” jest w Polsce głęboko zakorzeniony i dla wielu z nas wydaje się czymś zupełnie naturalnym. Często robimy to podświadomie, chcąc skrócić dystans i stworzyć dziecku przyjazną, niemal rodzinną atmosferę. Jednak w dobie rosnącej świadomości na temat psychologii rozwoju i bezpieczeństwa najmłodszych, coraz więcej rodziców oraz ekspertów zadaje sobie pytanie: czy to na pewno dobra praktyka?
Tradycja ta wynika przede wszystkim z chęci „oswojenia” świata dorosłych dla małego dziecka. Formy „Pan” i „Pani” wydają się wielu rodzicom zbyt sztywne, chłodne i dystansujące. W polskiej kulturze rodzina jest wartością nadrzędną, więc nadanie znajomym etykiety „wujka” czy „cioci” ma na celu włączenie ich do bezpiecznego kręgu osób bliskich.
Często dzieje się to podświadomie – powielamy schematy, które sami znamy z dzieciństwa. Chcemy, aby nasze dziecko czuło się swobodnie w towarzystwie naszych przyjaciół czy sąsiadów. Z perspektywy dorosłego jest to wyraz sympatii i zaufania wobec danej osoby, a także próba nauczenia dziecka szacunku do starszych w sposób mniej sformalizowany.
Nie da się zaprzeczyć, że takie podejście ma swoje plusy, zwłaszcza w kontekście budowania poczucia wspólnoty. Dziecko, które dorasta w otoczeniu wielu „cioć” i „wujków”, może czuć się częścią większej grupy, co sprzyja rozwojowi kompetencji społecznych i poczuciu przynależności.
W sytuacjach, gdy prawdziwa rodzina mieszka daleko, tacy „przyszywani” krewni często pełnią realne funkcje wspierające – pomagają w opiece, uczestniczą w ważnych wydarzeniach i budują z dzieckiem autentyczną, ciepłą więź. Dla malucha świat staje się dzięki temu miejscem pełnym życzliwych ludzi, a nie obcych, groźnych dorosłych.
Niestety, praktyka ta niesie ze sobą szereg zagrożeń, o których coraz głośniej mówią psycholodzy i specjaliści ds. bezpieczeństwa dzieci. Najważniejsze z nich to:
Nawyki nabyte w dzieciństwie rzutują na dorosłe życie. Dziecko, które nie było uczone stawiania wyraźnych granic między „swoimi” a „obcymi”, może w przyszłości mieć trudności z asertywnością w relacjach zawodowych czy towarzyskich. Może pojawić się tendencja do nadmiernego spoufalania się lub, wręcz przeciwnie, lęk przed wchodzeniem w relacje z powodu braku jasnych wzorców budowania dystansu.
Warto też zauważyć, że w pewnym wieku (zazwyczaj wczesnoszkolnym) dzieci same zaczynają odczuwać sztuczność tej formy. Zmuszanie dziesięciolatka do mówienia „ciociu” do koleżanki mamy, której prawie nie zna, może budzić w nim bunt i poczucie zażenowania.
Rezygnacja z tego zwyczaju nie oznacza, że dziecko ma być nieuprzejme. Istnieje wiele alternatyw, które pozwalają zachować szacunek, a jednocześnie dbają o bezpieczeństwo i granice dziecka:
Warto wiedzieć, że w wielu kulturach azjatyckich czy afrykańskich zwracanie się do starszych osób per „starszy bracie”, „siostro” czy właśnie „ciociu/wujku” jest wyrazem najwyższego szacunku i jest powszechnie stosowane wobec zupełnie obcych ludzi na ulicy. Z kolei w kulturach skandynawskich dominuje mówienie do wszystkich „na ty”, co całkowicie eliminuje ten problem, ale opiera się na zupełnie innej dynamice społecznej.
Nie ma jednej, uniwersalnej odpowiedzi, ale współczesne trendy wychowawcze skłaniają się ku większej ostrożności. Całkowita rezygnacja z „cioć” i „wujków” w stosunku do osób niespokrewnionych wydaje się najbezpieczniejszym rozwiązaniem z punktu widzenia psychologii rozwoju. Pozwala dziecku na budowanie jasnej mapy relacji społecznych.
Jeśli jednak bardzo zależy nam na zachowaniu tej tradycji w bliskim kręgu przyjaciół, róbmy to z rozwagą. Ograniczmy liczbę takich osób do absolutnego minimum i zawsze obserwujmy, czy dziecko czuje się z tym komfortowo. Najważniejsze jest bowiem nie to, jak dziecko kogoś nazywa, ale czy czuje się bezpieczne i czy wie, że jego granice są szanowane.