Gość (37.30.*.*)
Większość z nas żyje w ciągłym biegu, marząc o dodatkowej godzinie lub dwóch w objęciach Morfeusza. Media i eksperci od zdrowia regularnie alarmują o zgubnych skutkach niedoboru snu, co sprawia, że spanie „na zapas” wydaje się idealną strategią regeneracyjną. Jednak nauka rzuca na ten temat zupełnie inne światło. Okazuje się, że w przypadku snu zasada „im więcej, tym lepiej” po prostu nie działa, a regularne przesypianie może być równie ryzykowne dla zdrowia, co jego chroniczny brak.
Dla przeciętnego dorosłego człowieka optymalna dawka snu mieści się w przedziale od 7 do 9 godzin na dobę. O nadmiarze (hipersomnii) mówimy zazwyczaj wtedy, gdy czas ten regularnie przekracza 9 lub 10 godzin. Oczywiście istnieją tak zwani „długośpiący” (long sleepers), dla których 10 godzin to biologiczna norma, ale dla większości populacji tak długi odpoczynek jest sygnałem, że w organizmie dzieje się coś niepokojącego.
Naukowcy z University of Cambridge przeprowadzili szeroko zakrojone badania, z których wynika, że osoby śpiące powyżej 8 godzin dziennie mają statystycznie wyższe ryzyko wystąpienia udaru mózgu. Co ciekawe, ryzyko to było aż o 46% wyższe w porównaniu do osób trzymających się standardowych ram czasowych.
Znasz to uczucie, gdy po 10-godzinnym maratonie w łóżku budzisz się z bólem głowy, ociężały i bardziej zmęczony niż wieczorem? To zjawisko nazywane jest „pijaństwem sennym” (ang. sleep drunkenness) lub profesjonalnie – bezwładem sennym.
Przyczyną jest zaburzenie rytmu okołodobowego. Nasz wewnętrzny zegar biologiczny reguluje temperaturę ciała, wydzielanie hormonów i procesy metaboliczne. Kiedy śpimy zbyt długo, wysyłamy ciału sprzeczne sygnały. Komórki zaczynają funkcjonować tak, jakby dzień już trwał, podczas gdy my wciąż pozostajemy w fazie regeneracji. Efektem jest stan oszołomienia, problemy z koncentracją i drażliwość, które mogą utrzymywać się przez wiele godzin po wstaniu z łóżka.
Długofalowe przesypianie nie kończy się tylko na porannym „kacu”. Badania epidemiologiczne wskazują na silne korelacje między zbyt długim snem a poważnymi chorobami cywilizacyjnymi:
To kluczowe pytanie, na które nauka wciąż szuka jednoznacznej odpowiedzi. W wielu przypadkach nadmierna potrzeba snu nie jest chorobą samą w sobie, ale objawem innego problemu ukrytego w organizmie.
Często towarzyszy ona depresji – dla osób zmagających się z obniżonym nastrojem łóżko staje się bezpiecznym azylem, a ucieczka w sen jest formą mechanizmu obronnego. Nadmiar snu może też sygnalizować bezdech senny. W tej przypadłości jakość snu jest tak niska (przez powtarzające się przerwy w oddychaniu), że organizm desperacko próbuje nadrobić braki, wydłużając czas spędzony w łóżku, mimo że i tak nie przynosi to regeneracji.
Wiele osób wierzy, że jeśli w tygodniu śpią po 5 godzin, to nadrobią to, śpiąc w sobotę i niedzielę po 12 godzin. Niestety, badania opublikowane w czasopiśmie Current Biology sugerują, że taka strategia nie niweluje metabolicznych szkód wywołanych brakiem snu w tygodniu. Co więcej, „weekendowe odsypianie” rozregulowuje zegar biologiczny, co sprawia, że w poniedziałek rano czujemy się jeszcze gorzej, wpadając w błędne koło tzw. social jet lag.
Jeśli regularnie potrzebujesz więcej niż 9 godzin snu, by czuć się przytomnie, warto przyjrzeć się higienie swojego wypoczynku. Kluczem jest regularność – kładzenie się i wstawanie o tej samej porze, nawet w dni wolne. Warto również zadbać o ekspozycję na naturalne światło słoneczne zaraz po przebudzeniu, co pomaga „zresetować” zegar biologiczny i zatrzymać produkcję melatoniny.
Jeżeli mimo dbania o rytm dnia wciąż czujesz ciągłą senność (letarg), najlepszym krokiem będzie konsultacja z lekarzem i wykonanie podstawowych badań, takich jak morfologia, poziom cukru czy kontrola tarczycy. Pamiętaj, że w kwestii snu jakość zawsze wygrywa z ilością.