Gość (83.4.*.*)
Temat współpracy wojskowej Stanów Zjednoczonych z reżimami autorytarnymi to jeden z najbardziej złożonych i kontrowersyjnych wątków we współczesnej geopolityce. Z jednej strony mamy potężne korporacje zbrojeniowe, których celem jest maksymalizacja zysku, a z drugiej – deklarowane przez USA wartości demokratyczne i ochronę praw człowieka. Ten zgrzyt między „biznesem a moralnością” jest fundamentem debaty, która od dekad dzieli polityków, etyków i ekonomistów.
Choć prawdą jest, że nadrzędnym celem prywatnej firmy, takiej jak Lockheed Martin, Raytheon czy Boeing, jest generowanie zysku dla akcjonariuszy, branża zbrojeniowa nie funkcjonuje na zasadach wolnego rynku w takim sensie, jak producenci smartfonów czy ubrań. Każdy kontrakt na sprzedaż broni za granicę musi zostać zatwierdzony przez rząd USA (Departament Stanu i Kongres).
Krytyka nie uderza więc tylko w same firmy, ale przede wszystkim w państwo, które daje „zielone światło” na takie transakcje. Przeciwnicy argumentują, że zysk finansowy kilku korporacji nie powinien przeważać nad reputacją kraju i długofalowym bezpieczeństwem globalnym. Gdy amerykańska broń trafia w ręce dyktatora, staje się ona narzędziem politycznym, za które odpowiedzialność bierze Waszyngton.
Głównym powodem krytyki jest fakt, że rządy autorytarne często wykorzystują nowoczesny sprzęt wojskowy nie do obrony granic, ale do tłumienia wewnętrznych protestów i inwigilacji własnych obywateli. Przykłady z historii i współczesności pokazują, że amerykańskie bomby, systemy naprowadzania czy oprogramowanie szpiegowskie bywały używane w konfliktach, w których ginęli cywile (np. w Jemenie).
Dla krytyków sytuacja, w której „demokratyczne mocarstwo” uzbraja tyrana, jest szczytem hipokryzji. Podważa to wiarygodność USA na arenie międzynarodowej, gdy w jednym przemówieniu prezydent mówi o wolności, a w drugim jego administracja podpisuje miliardowy kontrakt z krajem, w którym więzi się opozycjonistów.
Współpraca z autokratami jest krytykowana również z czysto pragmatycznego, strategicznego punktu widzenia. Historia uczy, że sojusze z dyktatorami są niezwykle nietrwałe. Klasycznym przykładem jest Iran przed 1979 rokiem. USA sprzedawały tamtejszemu Szachowi najnowocześniejszy sprzęt wojskowy (m.in. myśliwce F-14 Tomcat). Po rewolucji islamskiej ten sam sprzęt znalazł się w rękach rządu, który stał się jednym z największych wrogów Stanów Zjednoczonych.
Krytycy podnoszą więc argument, że dzisiejszy zysk może stać się jutrzejszym zagrożeniem. Przekazywanie zaawansowanych technologii krajom o niestabilnych systemach politycznych niesie ryzyko, że broń ta zostanie użyta przeciwko USA lub ich sojusznikom w przyszłości.
Warto wiedzieć, że w USA istnieją bardzo surowe przepisy zwane ITAR (International Traffic in Arms Regulations). To zestaw regulacji kontrolujących eksport produktów i usług obronnych. Firma zbrojeniowa nie może po prostu wysłać katalogu do dowolnego kraju i czekać na zamówienia. Każda śrubka w myśliwcu jest monitorowana, a złamanie tych zasad grozi gigantycznymi karami finansowymi i więzieniem dla zarządu firmy.
W ostatnich latach coraz większą rolę odgrywają standardy ESG (Environmental, Social, and Governance). Inwestorzy coraz częściej patrzą na to, czy firmy, w które pompują pieniądze, postępują etycznie. Choć w branży obronnej zysk nadal jest królem, presja społeczna i medialna sprawia, że korporacje muszą liczyć się z kosztami wizerunkowymi.
Krytyka współpracy z autorytarnymi rządami pełni więc rolę „bezpiecznika”. Bez niej rządy i firmy mogłyby całkowicie zignorować koszty ludzkie na rzecz cyferek w arkuszu Excel. Debata publiczna zmusza decydentów do szukania balansu między realpolitik (interesami narodowymi i gospodarczymi) a wartościami, na których zbudowano zachodnią cywilizację.
Podsumowując, krytyka ta nie wynika z niezrozumienia zasad działania wolnego rynku, ale z przekonania, że:
Współpraca wojskowa z dyktaturami zawsze będzie budzić emocje, ponieważ dotyka fundamentalnego pytania: czy można budować własny dobrobyt na narzędziach służących do odbierania wolności innym? Na to pytanie każda administracja w Waszyngtonie musi odpowiadać sobie na nowo przy każdym kolejnym kontrakcie.