Gość (37.30.*.*)
Jeśli kiedykolwiek zastanawialiście się, dlaczego wasz ulubiony serial kryminalny nagle przestaje drążyć tajemnicę morderstwa sprzed dziesięciu lat, by skupić się na kradzieży roweru w lokalnym parku, nie jesteście sami. To zjawisko wynika z samej natury produkcji telewizyjnej i walki o widza, która toczy się za kulisami wielkich stacji. Aby zrozumieć, dlaczego tak się dzieje, musimy najpierw zdefiniować przeciwieństwo klasycznego formatu „sprawy tygodnia”.
Bezpośrednim przeciwieństwem formatu „case-of-the-week” (nazywanego też proceduralem) jest narracja seryjna (ang. serialized storytelling). W tym modelu jedna historia jest opowiadana w sposób ciągły przez wiele odcinków, a nawet całe sezony. Każdy epizod jest bezpośrednią kontynuacją poprzedniego, a pominięcie choćby jednego z nich sprawia, że widz może poczuć się zagubiony.
Współczesne platformy streamingowe, takie jak Netflix czy HBO Max, uwielbiają ten format, ponieważ sprzyja on tzw. binge-watchingowi. Jednak w tradycyjnej telewizji naziemnej sprawa wygląda zupełnie inaczej. Tam króluje model hybrydowy, który łączy zamknięte historie odcinkowe z długofalowymi wątkami (tzw. mythology lub story arcs).
Telewizja naziemna (jak polski Polsat, TVN czy amerykańskie CBS i NBC) operuje na innych zasadach niż streaming. Ich głównym celem jest przyciągnięcie jak największej liczby widzów przed ekrany o konkretnej godzinie, ale też umożliwienie „przypadkowemu” widzowi wejścia w serial w dowolnym momencie.
To najbardziej frustrujący moment dla każdego fana: główny bohater tropi spisek w rządzie przez pół sezonu, po czym w kolejnym odcinku temat znika, a on z uśmiechem na ustach rozwiązuje sprawę skradzionego naszyjnika. Dlaczego tak się dzieje? Przyczyn jest kilka i rzadko wynikają one z zapominalstwa scenarzystów.
Stacje telewizyjne monitorują oglądalność niemal w czasie rzeczywistym. Jeśli dany wątek (np. romans bohaterów lub mroczna tajemnica z przeszłości) powoduje spadek liczby widzów, zapada szybka decyzja o jego wygaszeniu. Producentom bardziej opłaca się „urwać” historię i wrócić do bezpiecznego schematu, niż ryzykować utratę reklamodawców.
W serialach produkowanych dla telewizji naziemnej rotacja scenarzystów bywa ogromna. Nowy showrunner (główny producent) często chce odciąć się od pomysłów swojego poprzednika. Zamiast mozolnie domykać stare wątki, woli wprowadzić nowe, własne pomysły, licząc na to, że widzowie szybko zapomną o niedopowiedzeniach.
Często długofalowy wątek opiera się na konkretnym aktorze drugoplanowym lub drogiej lokalizacji. Jeśli aktor dostanie rolę w innym projekcie lub budżet na efekty specjalne zostanie obcięty, scenarzyści muszą drastycznie zmienić plany. Często kończy się to „rozwiązaniem poza ekranem” lub całkowitym zignorowaniem tematu.
To jeden z najważniejszych powodów ekonomicznych. Seriale, które mają zbyt silne wątki ciągłe, trudniej sprzedać innym stacjom do emisji powtórkowej. Stacje kupujące powtórki wolą odcinki, które można puszczać w dowolnej kolejności. Jeśli dany wątek staje się zbyt skomplikowany, stacja-matka może wymusić jego zakończenie, by serial pozostał „lekki” i łatwy w odsprzedaży.
W historii telewizji zjawisko nagłego znikania postaci lub wątków bez słowa wyjaśnienia doczekało się nawet własnej nazwy. Pochodzi ona od serialu Happy Days, w którym brat głównego bohatera, Chuck Cunningham, po prostu poszedł na górę do swojego pokoju w jednym z odcinków i... nigdy więcej się nie pojawił, a rodzina przestała o nim wspominać. Dziś nazywa się to „retconem” (retroactive continuity), czyli wstecznym zmienianiem faktów w świecie przedstawionym.
Choć platformy streamingowe przyzwyczaiły nas do spójnych, zamkniętych opowieści, telewizja naziemna prawdopodobnie nie zrezygnuje z modelu hybrydowego. Jest on po prostu zbyt bezpieczny finansowo. Pozwala na eksperymenty z głębszą fabułą, dając jednocześnie „hamulec bezpieczeństwa” w postaci powrotu do formatu „sprawy tygodnia”, gdy tylko coś pójdzie nie tak. Dla widza oznacza to jednak, że zawsze musi liczyć się z ryzykiem, iż jego ulubiona zagadka sezonu zostanie poświęcona na ołtarzu oglądalności.