Gość (37.30.*.*)
Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego tak chętnie oglądamy postacie, którym wiecznie „nie wychodzi”? Od pechowego Michaela Scotta z The Office, przez wiecznie spłukanego Ala Bundy’ego, aż po neurotycznych bohaterów Seinfelda – porażka wydaje się być paliwem napędowym humoru. Choć na pierwszy rzut oka może się wydawać, że seriale o życiowych niepowodzeniach są zarezerwowane wyłącznie dla komedii, rzeczywistość jest znacznie bardziej złożona. To, co bierzemy za „przymus” bycia śmiesznym, wynika w dużej mierze z psychologii i sposobu, w jaki przetwarzamy trudne emocje.
Głównym powodem, dla którego seriale o życiowych „losersach” to najczęściej komedie, jest mechanizm dystansowania się. Gdybyśmy oglądali historię człowieka, który traci pracę, dom i rodzinę w sposób śmiertelnie poważny, otrzymalibyśmy ciężki dramat, który wielu widzów uznałoby za zbyt przygnębiający na wieczorny relaks. Komedia tworzy bezpieczny bufor. Dzięki żartom i przerysowaniu możemy śmiać się z sytuacji, które w prawdziwym życiu wywołałyby u nas atak paniki.
W psychologii istnieje pojęcie schadenfreude – czyli czerpanie satysfakcji z cudzych niepowodzeń. Choć brzmi to mrocznie, w kontekście seriali jest to proces oczyszczający. Widząc bohatera, który zalicza spektakularną wpadkę towarzyską, czujemy ulgę, że to nie my jesteśmy na jego miejscu. Jednocześnie porażka czyni postać ludzką i bliską naszemu sercu. Perfekcyjni bohaterowie bywają nudni; to błędy budują więź z widzem.
Słynne powiedzenie przypisywane Melowi Brooksowi mówi: „Tragedia jest wtedy, gdy ja zaciąłem się w palec. Komedia jest wtedy, gdy ty wpadłeś do otwartego kanału i zginąłeś”. To brutalne podsumowanie pokazuje, że różnica między gatunkami często leży nie w samym wydarzeniu, ale w perspektywie.
W serialach komediowych porażka jest zazwyczaj cykliczna i pozbawiona ostatecznych konsekwencji. W sitcomach panuje tzw. status quo – nieważne, jak wielką katastrofę wywoła bohater, w następnym odcinku wszystko wraca do normy. To daje nam komfort. W dramacie porażka ma swoją wagę, niszczy życie i zmienia bohatera na zawsze. Dlatego seriale o „nieudacznikach”, które nie są komediami, często stają się mrocznymi thrillerami lub studiami upadku człowieka, jak np. Breaking Bad.
W psychologii istnieje zjawisko zwane efektem pratfall. Polega ono na tym, że osoby postrzegane jako kompetentne stają się w naszych oczach bardziej sympatyczne, gdy popełnią drobny błąd lub zaliczą gafę. Twórcy seriali doskonale o tym wiedzą – porażka bohatera to najszybsza droga do zdobycia sympatii widza.
W ostatnich latach granica, o którą pytasz, zaczęła się zacierać. Pojawił się nurt nazywany „sadcomami” (od połączenia słów sad i sitcom). Produkcje takie jak BoJack Horseman, Fleabag czy After Life opowiadają o ludziach, którym wybitnie się nie udaje, a ich życie jest pełne porażek, depresji i traum.
Te seriale używają komedii jako maski. Bohaterowie żartują, bo to ich jedyny mechanizm obronny, ale pod spodem kryje się głęboki smutek. Tutaj porażka nie jest już tylko pretekstem do śmiechu, ale punktem wyjścia do analizy ludzkiej kondycji. To pokazuje, że seriale o niepowodzeniach wcale nie muszą być czystymi komediami – mogą być najbardziej poruszającymi historiami, jakie kiedykolwiek zobaczymy na ekranie.
Oczywiście, że tak, choć rzadziej nazywamy ich bohaterów „nieudacznikami” w potocznym tego słowa znaczeniu. Wiele wybitnych dramatów to kroniki porażek:
Podsumowując, seriale o porażkach są często komediami, ponieważ śmiech jest najzdrowszą formą radzenia sobie z absurdem życia. Jednak współczesna telewizja coraz częściej udowadnia, że przegrywanie może być równie fascynujące w wydaniu dramatycznym, zmuszając nas do refleksji nad własnymi potknięciami.