Gość (37.30.*.*)
Pytanie o granice interpretacji klasyki literatury towarzyszy teatrowi właściwie od zawsze. Kiedy Maja Kleczewska zdecydowała się obsadzić w roli Konrada kobietę (Dominikę Bednarczyk) i ubrać go w spódnicę, w polskiej debacie publicznej zawrzało. Dla jednych był to powiew świeżości i dowód na uniwersalność tekstu Adama Mickiewicza, dla innych – niepotrzebna prowokacja i niszczenie narodowego sacrum. Aby zrozumieć, czy takie zabiegi to jedynie „moda”, czy głęboko przemyślana strategia artystyczna, warto przyjrzeć się temu, jak działa współczesny teatr.
Wielu widzów oczekuje od teatru wiernego odwzorowania tekstu literackiego – takiego, jakie pamiętają ze szkoły lub z klasycznych ekranizacji. Jednak teatr żywy, w odróżnieniu od muzeum, stawia sobie za cel dialog z tu i teraz. Reżyserzy tacy jak Maja Kleczewska wychodzą z założenia, że klasyka jest klasyką właśnie dlatego, że potrafi przetrwać próbę czasu i pasować do różnych kontekstów historycznych.
Zamiana Adama na Adę (czy raczej obsadzenie kobiety w roli Konrada) nie musi być ucieczką od zamysłu autora, lecz próbą sprawdzenia, jak słowa Mickiewicza brzmią w ustach osoby, która we współczesnej Polsce walczy o swoje prawa. Konrad w „Dziadach” to postać buntownika, jednostki cierpiącej za miliony, która rzuca wyzwanie Bogu i systemowi. Kleczewska uznała, że dziś to właśnie kobiety często przejmują tę rolę w przestrzeni społecznej, dlatego oddanie im głosu poprzez tekst narodowego wieszcza nadaje mu nową, drapieżną aktualność.
Zarzut o uleganie trendom pojawia się przy niemal każdej odważnej inscenizacji. Warto jednak pamiętać, że polski teatr ma ogromną tradycję „czytania klasyki na nowo”. Legendarna inscenizacja „Dziadów” Kazimierza Dejmka z 1968 roku również była oskarżana o nadmierne upolitycznienie i odejście od „ducha tekstu”, co ostatecznie doprowadziło do jej zakazania przez władze PRL i wybuchu protestów studenckich.
Zabiegi Kleczewskiej, choć wizualnie nowoczesne, wpisują się w nurt teatru krytycznego. Reżyserka nie zmienia słów Mickiewicza – tekst „Wielkiej Improwizacji” pozostaje ten sam. Zmienia się jedynie perspektywa, z której go słuchamy. Dla wielu odbiorców zobaczenie kobiety w roli narodowego bohatera pozwala dostrzec w tekście emocje, które wcześniej, przez lata szkolnej rutyny, stały się niewidoczne lub przebrzmiałe.
To jedno z najczęstszych pytań: skoro reżyser ma tak nowatorską wizję, dlaczego po prostu nie napisze własnej sztuki? Odpowiedź tkwi w sile symbolu. „Dziady” to fundament polskiej tożsamości. Kiedy artysta bierze na warsztat tak ważny tekst, korzysta z ogromnego ładunku emocjonalnego i kulturowego, który każdy Polak nosi w sobie.
Stworzenie zupełnie nowej sztuki o buncie kobiet nie miałoby takiej siły rażenia, jak pokazanie tego buntu poprzez postać Konrada. Użycie klasycznego tekstu pozwala na zderzenie tradycji z nowoczesnością. To właśnie ten konflikt buduje napięcie, które zmusza widza do myślenia i zajęcia stanowiska. Teatr, który nie budzi kontrowersji i nie prowokuje do pytań, często staje się jedynie martwą rozrywką.
Choć Konrad w spódnicy budzi dziś emocje, historia teatru zna wiele przypadków, w których kobiety wcielały się w ikoniczne role męskie. Jednym z najsłynniejszych przykładów jest Helena Modrzejewska, która w XIX wieku odnosiła sukcesy jako Hamlet. Również w polskim teatrze współczesnym wielokrotnie dochodziło do takich zamian – np. Teresa Budzisz-Zalewska grała Hamleta w słynnej inscenizacji Andrzeja Wajdy. Wybór kobiety do roli męskiej często służy podkreśleniu duchowości lub uniwersalności postaci, wykraczającej poza ramy płci biologicznej.
Trudno jednoznacznie stwierdzić, co o inscenizacji Kleczewskiej sądziłby sam Adam Mickiewicz. Warto jednak pamiętać, że wieszcz był człowiekiem niezwykle postępowym jak na swoje czasy, zaangażowanym w mistycyzm i ruchy wolnościowe. Sam proces pisania „Dziadów” był dla niego formą duchowego eksperymentu.
Interpretacja Mai Kleczewskiej z pewnością jest subiektywna i odważna. Można się z nią nie zgadzać, można uznać ją za zbyt radykalną, ale trudno odmówić jej jednego: sprawiła, że o „Dziadach” znów zaczęli dyskutować wszyscy – nie tylko literaturoznawcy, ale i zwykli ludzie na ulicach. A to chyba największy komplement dla tekstu, który ma niemal dwieście lat.