Gość (37.30.*.*)
Skandynawia kojarzy nam się z wysokim standardem życia, minimalizmem i szczęśliwymi społeczeństwami. Jednak pod tą warstwą dobrobytu kryje się specyficzny kod kulturowy, który dla obcokrajowców bywa niezrozumiały, a czasem wręcz szokujący. Mowa o Janteloven, czyli prawie Jante. To niepisany zestaw zasad, który promuje kolektywizm kosztem indywidualizmu i karze za nadmierne wychylanie się przed szereg. Choć brzmi to jak relikt przeszłości, wciąż mocno wpływa na mentalność Duńczyków, Norwegów czy Szwedów.
Wbrew pozorom Janteloven nie jest oficjalnym aktem prawnym. Termin ten wprowadził polsko-duński pisarz Aksel Sandemose w swojej powieści z 1933 roku pt. „Uciekinier przecina swój ślad” (En flyktning krysser sitt spor). Autor opisał w niej fikcyjne miasteczko Jante, wzorowane na jego rodzinnym Nykøbing Mors.
Mieszkańcy Jante żyli według dziesięciu surowych zasad, których głównym przesłaniem było: „Nie myśl, że jesteś kimś wyjątkowym”. Sandemose chciał w ten sposób skrytykować małomiasteczkową mentalność, która dusiła ambicję i oryginalność. Paradoksalnie, zamiast stać się przestrogą, termin ten stał się trafnym opisem skandynawskiej duszy, która ceni równość ponad wszystko inne.
Zasady sformułowane przez Sandemosego są proste, dosadne i dla wielu osób wychowanych w kulturze sukcesu – dość przygnębiające. Oto one:
W powieści pojawia się także jedenaste przykazanie, sformułowane jako pytanie: „Czy nie sądzisz, że wiemy o tobie co nieco?”. To subtelna forma społecznej kontroli, która ma przypominać, że każdy twój ruch jest obserwowany przez grupę.
Twoje pytanie o paradoks, w którym osoba znająca rozwiązanie problemu decyduje się milczeć, uderza w samo sedno krytyki Janteloven. Tak, takie zjawisko faktycznie istnieje i jest przedmiotem wielu debat socjologicznych.
W kulturze silnie przesiąkniętej prawem Jante, wiedza i kompetencje mogą być postrzegane jako narzędzie do budowania przewagi nad innymi. Jeśli ktoś głośno wyrywa się z genialnym rozwiązaniem, ryzykuje, że zostanie odebrany jako osoba arogancka, która „myśli, że jest mądrzejsza od nas” (punkt 3 i 5 dekalogu).
Prowadzi to do specyficznego rodzaju paraliżu decyzyjnego lub tzw. społecznego próżniactwa. W obawie przed ostracyzmem lub etykietą „mądrali”, jednostka może wybrać konformizm. W biznesie może to oznaczać, że innowacyjne pomysły giną w zarodku, bo nikt nie chce wziąć na siebie ciężaru bycia tym „wyjątkowym”. Zamiast lidera, który pociągnie grupę, mamy grupę, która czeka, aż rozwiązanie wyłoni się samoistnie w drodze konsensusu.
Zwolennicy skandynawskiego modelu argumentują jednak, że Janteloven ma też dobrą stronę. Zapobiega powstawaniu ogromnych nierówności społecznych i uczy pokory. Zamiast „ja”, liczy się „my”. W takim środowisku rozwiązanie problemu nie powinno być sukcesem jednostki, lecz wynikiem współpracy.
Paradoks polega więc na tym, że osoba znająca rozwiązanie może nie milczeć całkowicie, ale podawać je w sposób niezwykle dyplomatyczny, sugerując, że to „wspólny pomysł” lub zadając pytania naprowadzające innych, by nie naruszyć hierarchii równości.
Ciekawostką jest, że Skandynawia nie jest jedynym miejscem z takim podejściem. W Australii i Nowej Zelandii istnieje bardzo podobne zjawisko zwane Tall Poppy Syndrome (syndrom wysokiego maku). Metafora jest prosta: jeśli jeden mak wyrośnie wyżej niż inne, należy go przyciąć do poziomu reszty.
W obu przypadkach mechanizm jest ten sam – społeczeństwo czuje dyskomfort, gdy ktoś odnosi zbyt duży sukces lub zbyt mocno manifestuje swoją wybitność. Różnica polega na tym, że w Skandynawii Janteloven jest głębiej zakorzenione w etyce protestanckiej i skromności, podczas gdy Tall Poppy Syndrome częściej dotyczy zawiści wobec bogactwa lub statusu.
W dobie globalizacji, mediów społecznościowych i amerykańskiego kultu „self-made mana”, prawo Jante zaczyna pękać. Młodsze pokolenia Skandynawów coraz częściej odrzucają te zasady, promując pewność siebie i indywidualizm. Startupy w Sztokholmie czy Kopenhadze nie mogłyby odnosić sukcesów, gdyby ich założyciele bali się myśleć, że są w czymś lepsi od konkurencji.
Niemniej jednak, w codziennym życiu, w małych społecznościach czy w strukturach dużych skandynawskich korporacji, duch Jante wciąż jest wyczuwalny. Przejawia się w niechęci do chwalenia się drogimi samochodami, w unikaniu tytułowania się per „pan/pani dyrektor” czy w specyficznym, stonowanym sposobie bycia.
Podsumowując, prawo Jante to miecz obosieczny. Z jednej strony buduje spójne, solidarne społeczeństwo, w którym nikt nie czuje się gorszy. Z drugiej strony – faktycznie może prowadzić do paradoksu, o którym wspominasz: uciszania talentów i ukrywania kompetencji w imię świętego spokoju i społecznej akceptacji.