Gość (37.30.*.*)
Temat interwencji państwa w życie rodzinne od lat budzi ogromne emocje. Często słyszymy o głośnych przypadkach odbierania dzieci przez instytucje takie jak norweski Barnevernet czy niemiecki Jugendamt, co w mediach społecznościowych bywa przedstawiane jako bezduszna machina urzędnicza. Pojawia się więc prowokacyjne pytanie: skoro państwo i tak rości sobie prawo do decydowania o dobru dziecka, to dlaczego nie pójdzie o krok dalej i nie przejmie pełnej odpowiedzialności za wychowanie obywateli od pierwszych dni ich życia? Choć wizja ta brzmi jak scenariusz z powieści George’a Orwella czy Aldousa Huxleya, w historii filozofii i polityki istniały konkretne argumenty przemawiające za takim rozwiązaniem.
Pomysł, aby to państwo, a nie rodzice, zajmowało się wychowaniem dzieci, nie jest nowy. Już Platon w swojej „Państwie” postulował, by dzieci z warstwy strażników były wychowywane wspólnie, nie znając swoich biologicznych rodziców. Jakie współczesne argumenty mogłyby wspierać taką radykalną koncepcję?
To najsilniejszy argument zwolenników kolektywnego wychowania. Obecnie start życiowy dziecka zależy w ogromnej mierze od „loterii urodzenia” – statusu materialnego, wykształcenia i stabilności emocjonalnej rodziców. Dziecko w zamożnej, kochającej rodzinie ma zupełnie inne perspektywy niż dziecko w rodzinie dysfunkcyjnej lub ubogiej. Upaństwowienie wychowania teoretycznie zrównałoby te szanse. Każde dziecko otrzymałoby taką samą dietę, opiekę medyczną, edukację i stymulację intelektualną, niezależnie od pochodzenia.
Bycie rodzicem to jedna z niewielu ról społecznych, do której nie wymaga się żadnych kwalifikacji, egzaminów czy licencji. W systemie państwowym opiekę nad dziećmi sprawowaliby wykwalifikowani pedagodzy, psycholodzy i dietetycy. Argument ten zakłada, że „eksperci” wiedzą lepiej, jak zoptymalizować rozwój młodego człowieka, unikając błędów wychowawczych, które nieświadomie popełniają rodzice (np. przenoszenie własnych traum, brak cierpliwości czy niezdrowe nawyki żywieniowe).
Z czysto pragmatycznego punktu widzenia, pełne upaństwowienie opieki nad dziećmi uwolniłoby ogromne zasoby siły roboczej. Rodzice (a w szczególności kobiety, na których wciąż spoczywa większość obowiązków opiekuńczych) mogliby w pełni poświęcić się pracy zawodowej i rozwojowi gospodarczemu. Państwo z kolei mogłoby „projektować” przyszłych obywateli pod kątem potrzeb rynku pracy, kładąc nacisk na konkretne umiejętności już od najmłodszych lat.
Mimo teoretycznych korzyści, o których wspominają niektórzy myśliciele, współczesne państwa zachodnie nie dążą do pełnego upaństwowienia dzieci. Powody są zarówno natury psychologicznej, jak i prawnej czy ekonomicznej.
Współczesna psychologia, w tym słynna teoria przywiązania Johna Bowlby’ego, jednoznacznie wskazuje, że dla prawidłowego rozwoju emocjonalnego dziecko potrzebuje stałej, bezpiecznej więzi z jedną lub dwiema kluczowymi osobami (zazwyczaj rodzicami). Instytucjonalne wychowanie, nawet w najlepszych warunkach, rzadko jest w stanie zapewnić taką indywidualną bliskość. Dzieci wychowywane w placówkach, mimo zapewnienia im bytu materialnego, często borykają się z chorobą sierocą i problemami z budowaniem relacji w dorosłym życiu.
Utrzymanie systemu, który w 100% przejąłby rolę rodziców, byłoby dla budżetu państwa katastrofalne. Obecnie rodzice wykonują gigantyczną pracę opiekuńczą „za darmo”. Przerzucenie kosztów wyżywienia, zakwaterowania, całodobowej opieki i edukacji milionów dzieci na barki podatników wymagałoby drastycznego podniesienia podatków, co prawdopodobnie doprowadziłoby do zapaści gospodarczej.
Prawo do życia rodzinnego jest jednym z fundamentów cywilizacji zachodniej, zapisanym w Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka oraz Europejskiej Konwencji Praw Człowieka. Państwo może ingerować w tę sferę tylko w sytuacjach wyjątkowych, gdy zagrożone jest życie lub zdrowie dziecka. Całkowite odebranie dzieci rodzicom byłoby uznane za formę totalitaryzmu i pogwałcenie najbardziej podstawowych wolności obywatelskich.
Warto odnieść się do tezy zawartej w pytaniu – czy państwa rzeczywiście interweniują z błahych powodów? Choć w mediach nagłaśniane są kontrowersyjne przypadki, statystyki większości krajów unijnych pokazują, że odebranie dziecka to ostateczność. Najczęstszymi przyczynami są:
To, co z zewnątrz może wydawać się „błahym powodem” (np. jeden klaps), w dokumentacji socjalnej często okazuje się wierzchołkiem góry lodowej długotrwałych problemów w rodzinie. Nie zmienia to faktu, że systemy te nie są nieomylne i zdarzają się błędy urzędnicze, które są tragiczne w skutkach.
W historii nowożytnej najbliżej „upaństwowienia” wychowania były izraelskie kibuce w połowie XX wieku. W wielu z nich dzieci mieszkały w oddzielnych „domach dziecięcych”, a z rodzicami widywały się tylko przez kilka godzin dziennie. System ten miał budować społeczeństwo egalitarne i wolne od „burżuazyjnych” naleciałości rodziny nuklearnej. Jednak z czasem większość kibuców odeszła od tego modelu pod naciskiem samych rodziców i dzieci, którzy tęsknili za tradycyjną bliskością rodzinną. Dziś model ten jest uważany za interesujący, ale ostatecznie nieudany eksperyment społeczny.
Podsumowując, choć argumenty o równości szans czy profesjonalizacji opieki mogą brzmieć logicznie na poziomie teoretycznym, w praktyce pełne upaństwowienie wychowania dzieci stoi w sprzeczności z ludzką naturą, potrzebami emocjonalnymi oraz fundamentami wolnego społeczeństwa. Państwa zachodnie wolą więc pełnić rolę „strażnika ostatniej szansy”, interweniując tylko tam, gdzie rodzina zawodzi, zamiast budować kosztowny i ryzykowny system wychowania państwowego.