Gość (37.30.*.*)
Porównywanie polskich miast do europejskich metropolii to zjawisko, które towarzyszy nam od dekad, a jego korzenie sięgają głębiej niż tylko chęć przypodobania się zagranicznym turystom. Kiedy słyszymy, że Wrocław to „Wenecja Północy”, a przedwojenna Warszawa była „Paryżem Północy”, często zastanawiamy się, czy to wyraz dumy, czy może ukryty kompleks niższości. Odpowiedź na to pytanie jest złożona i łączy w sobie historię, aspiracje oraz czysty marketing terytorialny.
W dwudziestoleciu międzywojennym określenie „Paryż Północy” w stosunku do Warszawy nie było jedynie pustym sloganem. Stolica Polski przeżywała wtedy swój złoty wiek. Architektura tamtego okresu – szerokie bulwary, eleganckie kamienice z bogatymi zdobieniami oraz liczne kawiarnie, w których tętniło życie literackie – faktycznie nawiązywała do stylu narzuconego przez francuską stolicę.
Paryż był wówczas niekwestionowanym centrum świata pod względem mody, sztuki i stylu życia. Dla odrodzonej po 123 latach niewoli Polski, posiadanie własnego „Paryża” było symbolem powrotu do europejskiej elity. Chcieliśmy pokazać, że nie jesteśmy prowincją na obrzeżach kontynentu, ale nowoczesnym, cywilizowanym państwem z silną kulturą mieszczańską. Porównanie to miało więc charakter nobilitujący i budujący tożsamość narodową w kontrze do wpływów wschodnich.
W przypadku Wrocławia sprawa wygląda nieco inaczej. Określenie „Wenecja Północy” odnosi się bezpośrednio do topografii miasta. Wrocław, położony nad Odrą i jej licznymi dopływami oraz kanałami, posiada ponad sto mostów i kładek. Archipelag wysp odrzańskich tworzy unikalny mikroklimat, który naturalnie przywodzi na myśl skojarzenia z włoskim miastem na wodzie.
Warto jednak zauważyć, że Wrocław nie jest jedynym miastem aspirującym do tego miana – o tytuł „Wenecji Północy” rywalizują także Petersburg, Amsterdam, a nawet Bydgoszcz. W tym przypadku porównanie służy głównie celom promocyjnym. Łatwiej jest przyciągnąć turystę obietnicą „polskiej Wenecji” niż suchym opisem hydrologicznym dorzecza Odry. To skrót myślowy, który od razu buduje w głowie odbiorcy pozytywne, romantyczne skojarzenia.
Zastanawiając się nad tym, dlaczego wolimy porównania zamiast podkreślania własnej odrębności, musimy spojrzeć na naszą historię. Przez lata Polska znajdowała się w sferze wpływów, które odcinały nas od zachodnich standardów. Szukanie podobieństw do Rzymu, Paryża czy Londynu było sposobem na „zaklinanie rzeczywistości” i potwierdzanie naszej przynależności do kręgu kultury łacińskiej.
Z perspektywy psychologii społecznej, takie porównania mogą świadczyć o potrzebie walidacji zewnętrznej. Chcemy, aby inni widzieli nas przez pryzmat sprawdzonych, wysokich wzorców. Jednak z punktu widzenia marketingu, to po prostu skuteczne narzędzie. Ludzie lubią to, co znają. Jeśli powiemy komuś, że dane miasto jest „jak Paryż”, dajemy mu gotową instrukcję obsługi tego miejsca i obietnicę określonych wrażeń estetycznych.
Warto wiedzieć, że tendencja do „pożyczania” nazw nie jest tylko polską domeną. Na całym świecie istnieją dziesiątki miast nazywanych „Małymi Szwajcariami” (ze względu na góry) czy „Atenami” (ze względu na ośrodki akademickie). Na przykład amerykańskie Nashville nazywane jest „Atenami Południa” ze względu na swoją architekturę klasycystyczną i dużą liczbę uczelni.
Na szczęście w ostatnich latach obserwujemy odwrót od tej tendencji. Coraz częściej polskie miasta budują swoją markę na tym, co mają jedynego w swoim rodzaju, a nie na tym, kogo udają.
Dziś, w dobie globalizacji, turyści i mieszkańcy szukają autentyczności. „Paryż Północy” brzmi ładnie w podręczniku do historii, ale współczesna Warszawa przyciąga ludzi swoją własną, chaotyczną, ale niezwykle dynamiczną energią, której nie znajdzie się nad Sekwaną.
Porównania do Zachodu odegrały swoją rolę – pomogły nam przetrwać trudne czasy i zbudować pewność siebie w europejskim domu. Jednak dzisiaj, gdy polskie miasta są nowoczesne, zadbane i pełne życia, te etykiety stają się powoli zbędne. Wrocław broni się sam swoją atmosferą, a Warszawa swoją historią powstania z popiołów.
Docenianie unikalności wymaga odwagi, by powiedzieć: „Jesteśmy inni i to jest nasza największa zaleta”. Zamiast szukać Wenecji w Polsce, zacznijmy po prostu podziwiać Wrocław takim, jakim jest – miastem spotkań, mostów i krasnali, które nie musi być „jakieś”, by być wyjątkowe.