Gość (83.4.*.*)
Eksperyment Stanleya Milgrama to jeden z tych tematów, które na studiach psychologicznych pojawiają się już na pierwszym roku i zostają z nami na zawsze. Choć od jego przeprowadzenia minęło ponad 60 lat, a współczesne komisje etyczne dostałyby zawału na samą myśl o powtórzeniu go w oryginalnej formie, wciąż stanowi on fundament naszej wiedzy o ludzkiej naturze. Dlaczego tak jest? To proste: Milgram dotknął czegoś, co jest w nas głęboko zakorzenione i przerażająco aktualne, niezależnie od epoki czy obowiązujących przepisów prawnych.
Zanim przejdziemy do tego, dlaczego wciąż o nim rozmawiamy, warto przypomnieć, o co w tym wszystkim chodziło. W 1961 roku Stanley Milgram, psycholog z Yale, postanowił sprawdzić, jak daleko posuną się ludzie w wykonywaniu poleceń autorytetu, nawet jeśli te polecenia wiążą się z zadawaniem bólu innej osobie.
Uczestnicy (w roli „nauczycieli”) mieli razić prądem „ucznia” (który w rzeczywistości był aktorem i nie otrzymywał żadnych wstrząsów) za każdą błędną odpowiedź. Z każdym błędem napięcie rosło – od niewinnych 15 woltów do zabójczych 450 woltów. Wyniki zaszokowały świat: aż 65% uczestników doszło do samego końca skali, mimo że słyszeli krzyki bólu i błagania o przerwanie badania.
Dzisiejsze standardy etyczne w psychologii są niezwykle rygorystyczne. Eksperyment Milgrama naruszał niemal każdą zasadę, którą obecnie uznajemy za świętą. Przede wszystkim uczestnicy byli poddawani ogromnemu stresowi psychicznemu – wielu z nich drżało, pociło się, a nawet wpadało w histeryczny śmiech, wierząc, że naprawdę krzywdzą drugiego człowieka.
Współczesne prawo i kodeksy etyczne (takie jak te opracowane przez APA – Amerykańskie Towarzystwo Psychologiczne) wymagają, aby badany mógł w każdej chwili wycofać się z eksperymentu bez żadnych konsekwencji. U Milgrama badacz stosował tzw. „ponaglenia” (np. „Eksperyment wymaga, abyś kontynuował”), co wykluczało dobrowolność. Ponadto, oszustwo stosowane w badaniu było tak głębokie, że mogło trwale wpłynąć na dobrostan psychiczny uczestników.
Mimo że nie możemy go powtórzyć 1:1, eksperyment Milgrama pozostaje kluczowy z kilku powodów, które wykraczają poza same ramy laboratorium.
Milgram pokazał, że „zło” nie musi wynikać z sadystycznej natury jednostki. Większość uczestników była zwykłymi ludźmi, którzy czuli się fatalnie z tym, co robią. Eksperyment ten pomaga zrozumieć, jak dochodzi do wielkich tragedii historycznych, takich jak Holokaust czy inne ludobójstwa. Pokazuje, że w odpowiednich warunkach, pod wpływem autorytetu, niemal każdy z nas może stać się trybikiem w maszynie czyniącej zło.
Eksperyment Milgrama (obok słynnego eksperymentu więziennego Zimbardo) stał się głównym powodem, dla którego dzisiejsze zasady etyczne są tak surowe. Uczymy się o nim jako o przestrodze. To lekcja dla naukowców, że cel (zdobycie wiedzy) nie zawsze uświęca środki i że dobrostan uczestnika jest ważniejszy niż wynik badania.
Co ciekawe, mimo zakazów, podejmowano próby „etycznego” powtórzenia tego badania. W 2009 roku Jerry Burger przeprowadził częściową replikację, zatrzymując się na poziomie 150 woltów (momencie, w którym „uczeń” po raz pierwszy prosi o przerwanie). Wyniki? Były niemal identyczne jak u Milgrama. To dowodzi, że mimo zmian kulturowych, nasza skłonność do ulegania autorytetom wcale nie osłabła wraz z nadejściem XXI wieku.
Warto wiedzieć, że badacz w eksperymencie Milgrama nie mógł mówić czegokolwiek. Miał ściśle określoną listę czterech zdań, które wypowiadał, gdy uczestnik się wahał:
W dobie mediów społecznościowych eksperyment Milgrama nabiera nowego znaczenia. Dzisiejszymi „autorytetami” nie są już tylko panowie w białych fartuchach, ale algorytmy, liderzy opinii czy grupy w mediach społecznościowych. Mechanizm „rozproszenia odpowiedzialności”, o którym pisał Milgram (uczestnicy często mówili: „To on mi kazał, ja tylko naciskałem przycisk”), jest widoczny w hejcie internetowym czy szerzeniu dezinformacji.
Wspominanie o Milgramie w XXI wieku to nie tylko wspominanie historii psychologii. To ciągłe przypominanie nam samym, jak łatwo jest oddać własne sumienie w ręce kogoś, kto sprawia wrażenie, że wie, co robi. Choć prawo zabrania nam rażenia się prądem w laboratoriach, codzienne życie wciąż wystawia nas na próby posłuszeństwa, które Milgram opisał jako pierwszy tak dobitnie.