Gość (37.30.*.*)
Wyobraź sobie, że muzyka to wielki plac budowy, na którym zamiast kupować nowe cegły, po prostu pożyczasz je z gotowych już budynków. Tak w dużym uproszczeniu można opisać plądrofonię (ang. plunderphonics). To fascynujący, choć momentami kontrowersyjny nurt w muzyce współczesnej, który rzuca wyzwanie naszym przekonaniom o oryginalności, własności intelektualnej i samym procesie tworzenia.
Termin ten został ukuty w 1985 roku przez kanadyjskiego kompozytora Johna Oswalda. W swoim manifeście „Plunderphonics, or Audio Piracy as a Compositional Prerogative” (Plądrofonia, czyli piractwo dźwiękowe jako prerogatywa kompozytorska) przedstawił on wizję muzyki tworzonej wyłącznie z istniejących już nagrań. Słowo „plunder” oznacza po angielsku „plądrować” lub „rabować”, co idealnie oddaje naturę tego gatunku – artysta „rabuje” cudze utwory, by nadać im zupełnie nowe znaczenie.
Choć sampling (wykorzystywanie fragmentów utworów) kojarzy nam się głównie z hip-hopem czy muzyką elektroniczną, plądrofonia idzie o krok dalej. Tutaj cudze nagranie nie jest tylko dodatkiem czy tłem – jest jedynym budulcem. Plądrofoniści nie używają instrumentów w tradycyjnym sensie; ich instrumentem jest studio nagraniowe, komputer i cudza dyskografia.
Tworzenie plądrofoniczne to coś więcej niż zwykłe „kopiuj-wklej”. Artyści stosują szereg technik manipulacji dźwiękiem, aby przekształcić znany materiał w coś nie do poznania lub – wręcz przeciwnie – aby uwypuklić pewne cechy oryginału w ironiczny sposób. Do najpopularniejszych metod należą:
Główna różnica tkwi w intencji i skali. W hip-hopie producent bierze fragment linii basu lub perkusji, by stworzyć podkład pod rap. W plądrofonii źródło często pozostaje rozpoznawalne, a celem artysty jest wejście w dialog z oryginałem. Często jest to forma krytyki konsumpcjonizmu, przemysłu muzycznego lub po prostu zabawa popkulturą. Plądrofonia jest bardziej radykalna – ona nie „pożycza” elementu, ona „porywa” cały utwór.
Historia plądrofonii to jednocześnie historia procesów sądowych. Najbardziej znanym przypadkiem jest sam John Oswald i jego EP-ka zatytułowana po prostu Plunderphonic z 1988 roku. Na okładce widniał wizerunek Michaela Jacksona z albumu Bad, ale z dorysowanymi kobiecymi piersiami. Wewnątrz znajdował się utwór „Dab”, będący zmanipulowaną wersją piosenki „Bad”.
Reakcja przemysłu muzycznego była natychmiastowa. Organizacja Canadian Recording Industry Association (CRIA) nakazała zniszczenie wszystkich niesprzedanych kopii albumu. Paradoksalnie, działanie to tylko zwiększyło zainteresowanie nurtem i uczyniło z Oswalda ikonę walki o wolność artystyczną.
Innym ważnym graczem na tym polu jest grupa Negativland. Ich konflikt z wytwórnią zespołu U2 przeszedł do legendy. Negativland wydali singiel „U2”, na którym sparodiowali zespół i wykorzystali nagrania z wpadek radiowych prezentera Caseya Kasema. Efekt? Pozew, ogromne kary finansowe i... status kultowych buntowników.
W dobie internetu, memów i remiksów, plądrofonia wydaje się bardziej aktualna niż kiedykolwiek. Skłania nas do zadania trudnych pytań:
Choć nazwa brzmi niszowo, techniki plądrofoniczne przeniknęły do głównego nurtu. Mashupy, które słyszymy w radiu (połączenie dwóch znanych piosenek w jedną), czy popularne na TikToku trendy polegające na drastycznym spowalnianiu utworów (tzw. slowed + reverb), mają swoje korzenie właśnie w eksperymentach Johna Oswalda i jego następców.
Współcześnie jednym z najbardziej cenionych albumów opartych na tej estetyce jest Since I Left You grupy The Avalanches. Artyści wykorzystali na nim ponad 3500 sampli z najróżniejszych płyt winylowych, tworząc spójną, radosną i całkowicie nową jakość muzyczną. To dowód na to, że „rabowanie” dźwięków może prowadzić do powstania czegoś absolutnie pięknego.