Gość (37.30.*.*)
Postać Antonio Vivaldiego, genialnego kompozytora epoki baroku, od lat budzi emocje nie tylko ze względu na jego nieśmiertelne „Cztery pory roku”, ale także z powodu pewnej złośliwej anegdoty, która przylgnęła do niego na stałe. Czy „Rudy Ksiądz” rzeczywiście był seryjnym producentem identycznie brzmiących utworów, czy może liczba jego dzieł świadczy o niespotykanej kreatywności? Przyjrzyjmy się faktom, które rzucają nowe światło na tę muzyczną legendę.
Słynne zdanie, że Vivaldi nie napisał kilkuset koncertów, lecz „sześćset razy ten sam koncert”, przypisuje się zazwyczaj Igorowi Strawińskiemu, choć niektórzy badacze wskazują na innego kompozytora, Luigiego Dallapiccolę. Był to rodzaj artystycznego „pstryczka w nos”, mającego na celu wytknięcie Vivaldiemu pewnej schematyczności.
W epoce baroku kompozytorzy często korzystali z ustalonych form i struktur. Vivaldi udoskonalił formę koncertu solowego, opierając ją na schemacie trzech części: szybkiej, wolnej i szybkiej. Stosował również technikę ritornello, w której główny temat orkiestry powracał wielokrotnie, przeplatany popisami solisty. Dla niewprawnego ucha, słuchającego kilkunastu koncertów pod rząd, ta powtarzalna struktura rzeczywiście może sprawiać wrażenie monotonii. Jednak czy to sprawiedliwa ocena?
Zanim przejdziemy do analizy stylu, warto uporządkować liczby. Choć w pytaniu pojawia się liczba 600, współczesne katalogi (najpopularniejszy to katalog Ryoma, oznaczany skrótem RV) wymieniają nieco ponad 500 koncertów. Dokładna liczba wciąż ulega zmianom, ponieważ muzykolodzy regularnie odnajdują zapomniane rękopisy w archiwach całej Europy.
Wśród tych 500 utworów znajdziemy:
Twierdzenie, że Vivaldi się powtarzał, jest dla wielu współczesnych muzyków krzywdzące. Kiedy zagłębimy się w jego partytury, odkryjemy niesamowitą inwencję melodyczną. Vivaldi był pionierem muzyki programowej – czyli takiej, która opowiada konkretną historię lub maluje dźwiękami obrazy. Najlepszym przykładem są wspomniane „Cztery pory roku”, gdzie w nutach znajdziemy instrukcje imitujące szczekanie psa, brzęczenie much, a nawet porywisty wiatr czy ślizganie się na lodzie.
Co więcej, Vivaldi pisał dla bardzo różnych odbiorców. Wiele jego dzieł powstało dla wychowanek Ospedale della Pietà – weneckiego sierocińca dla dziewcząt, który słynął z niezwykle wysokiego poziomu muzycznego. Kompozytor musiał dostosowywać poziom trudności i instrumentację do umiejętności swoich uczennic, co wymuszało na nim ciągłe eksperymentowanie.
Antonio Vivaldi był wyświęconym kapłanem, a przydomek Il Prete Rosso (Rudy Ksiądz) zawdzięczał swojemu naturalnemu kolorowi włosów, który był dość rzadki we Włoszech. Co ciekawe, ze względu na problemy zdrowotne (prawdopodobnie astmę, którą nazywał „uciskiem w klatce piersiowej”), dość szybko przestał odprawiać msze, co pozwoliło mu w pełni poświęcić się nauczaniu i komponowaniu.
Współczesny słuchacz przyzwyczajony jest do różnorodności stylistycznej, jaką przyniosły kolejne epoki – od klasycyzmu, przez romantyzm, aż po muzykę filmową i współczesną. W baroku muzyka pełniła funkcję użytkową, często towarzysząc ucztom, nabożeństwom czy spotkaniom towarzyskim. Vivaldi pisał szybko, bo takie było zapotrzebowanie rynku.
Jednak to właśnie ta „masowa produkcja” pozwoliła mu na wypracowanie języka muzycznego, który do dziś jest rozpoznawalny po zaledwie kilku taktach. Jego wpływ na Jana Sebastiana Bacha był ogromny – Bach tak bardzo podziwiał Vivaldiego, że przepisywał jego koncerty na instrumenty klawiszowe, aby nauczyć się jego techniki i harmonii.
Czy Vivaldi napisał 500 razy ten sam utwór? Zdecydowanie nie. Choć trzymał się pewnych ram formalnych, każdy z jego koncertów posiada unikalne detale, błyskotliwe partie solowe i emocjonalną głębię. Zarzut Strawińskiego należy traktować raczej jako błyskotliwy żart niż rzetelną analizę muzykologiczną. Vivaldi był tytanem pracy i innowatorem, który zrewolucjonizował sposób, w jaki myślimy o instrumentach solowych, a jego „produktywność” dała nam jedne z najpiękniejszych dźwięków w historii muzyki klasycznej.