Gość (37.30.*.*)
Bullying, czyli długotrwałe i celowe nękanie, kojarzy się nam najczęściej z relacją jeden na jednego: silny prześladowca i słabsza ofiara. Rzeczywistość psychologiczna jest jednak znacznie bardziej złożona. Choć w wielu przypadkach agresja ogniskuje się na jednej osobie, nie jest to żelazna reguła. Mechanizmy grupowe sprawiają, że ofiar może być więcej, a ich rola w grupie często wynika z dynamiki, na którą one same mają niewielki wpływ.
Wbrew powszechnemu przekonaniu, bullying nie zawsze ogranicza się do jednej osoby. Choć agresorzy często wybierają „główny cel”, aby łatwiej było im skonsolidować grupę wokół wspólnego wroga, zjawisko to może dotykać kilku osób jednocześnie lub sekwencyjnie.
To, czy ofiar jest więcej, zależy przede wszystkim od struktury grupy i celu, jaki chce osiągnąć sprawca. Jeśli celem jest całkowita dominacja i zastraszenie, agresja może być rozproszona na każdego, kto wykazuje choć cień oporu. Zdarza się również tzw. „bullying seryjny” – gdy jedna ofiara opuszcza grupę (np. zmienia szkołę lub pracę), agresor niemal natychmiast znajduje kolejny obiekt ataku. W ten sposób system przemocy trwa, zmieniają się tylko twarze osób nękanych.
Psychologia odchodzi od stygmatyzowania ofiar jako osób „słabych”. Wybór obiektu agresji zależy od splotu czynników sytuacyjnych i osobowościowych. Agresorzy zazwyczaj szukają osób, które w jakiś sposób wyróżniają się na tle grupy, co ułatwia ich dehumanizację i wykluczenie.
Cechy, które statystycznie częściej pojawiają się u osób doświadczających bullyingu, to:
Warto jednak podkreślić: to nie cechy ofiary są winne przemocy, lecz decyzja agresora i bierność otoczenia.
Najbardziej bolesnym aspektem bullyingu dla ofiary jest często nie sam atak agresora, ale obojętność kolegów, koleżanek czy współpracowników. Psychologowie tłumaczą to zjawisko kilkoma kluczowymi mechanizmami.
Zjawisko to, opisane przez Bibba Latané i Johna Darleya, sugeruje, że im więcej osób przygląda się zdarzeniu, tym mniejsza szansa, że ktokolwiek zareaguje. Każdy myśli: „Ktoś inny na pewno coś zrobi” lub „Skoro nikt inny nie reaguje, to może to nie jest takie poważne”. Odpowiedzialność rozmywa się w tłumie.
To stan, w którym członkowie grupy prywatnie odrzucają normę (np. uważają nękanie za złe), ale błędnie zakładają, że większość ją akceptuje. Widząc spokój innych, dochodzą do wniosku, że ich własne oburzenie jest nieuzasadnione, więc milczą, by nie wyjść przed szereg.
To jeden z najsilniejszych motywów. Świadkowie boją się, że jeśli staną w obronie ofiary, agresor skieruje swoją furię na nich. Milczenie staje się strategią przetrwania. W psychologii ewolucyjnej tłumaczy się to lękiem przed wykluczeniem z „plemienia”, co dla naszych przodków oznaczało wyrok śmierci.
Aby poradzić sobie z dysonansem poznawczym (poczuciem winy z powodu braku reakcji), świadkowie często zaczynają obwiniać ofiarę. Mówią sobie: „Sam się o to prosił”, „Jest dziwny, więc nic dziwnego, że go nie lubią”. Dzięki temu mogą zachować dobre mniemanie o sobie, mimo że przyzwalają na zło.
W dynamice bullyingu psycholog Dan Olweus wyróżnił nie tylko ofiarę i agresora, ale całe spektrum ról. Istnieją „asystenci”, którzy aktywnie pomagają sprawcy, oraz „wzmacniacze”, którzy nie atakują bezpośrednio, ale śmieją się lub zachęcają agresora. Istnieje jednak również rola „obrońcy” – osoby, która ma odwagę przerwać milczenie. Badania pokazują, że interwencja choćby jednej osoby postronnej przerywa incydent bullyingu w ponad 50% przypadków w ciągu zaledwie kilku sekund. To dowodzi, jak ogromną moc ma wyłamanie się z milczącej większości.