Gość (37.30.*.*)
Zima w Polsce kojarzy się nam głównie z szarością, mrozem i krótkimi dniami. Kiedy patrzymy na ogrody czy parki w styczniu, widzimy głównie uśpioną naturę, a kolorowe rabatki wydają się jedynie wspomnieniem lata. Choć mogłoby się wydawać, że w naszym klimacie zimowe kwiaty po prostu nie istnieją, rzeczywistość jest nieco bardziej złożona. To nie tak, że natura o nas zapomniała – ona po prostu stosuje bardzo sprytną strategię przetrwania.
Głównym powodem, dla którego zimą w Polsce nie widzimy dywanów kwiatów, jest fizyka i biologia. Rośliny w dużej mierze składają się z wody. Gdy temperatura spada poniżej zera, woda w komórkach mogłaby zamienić się w lód. Jak wiemy z lekcji fizyki, lód ma większą objętość niż woda w stanie ciekłym, co oznaczałoby rozsadzenie delikatnych ścian komórkowych rośliny od środka.
Aby tego uniknąć, większość naszych rodzimych gatunków zapada w stan spoczynku. Wycofują one soki do korzeni lub cebul ukrytych bezpiecznie pod ziemią, gdzie temperatura jest nieco stabilniejsza. Kwitnienie to dla rośliny ogromny wysiłek energetyczny. Wytworzenie płatków, zapachu i nektaru wymaga słońca, którego w polskim grudniu czy styczniu jest jak na lekarstwo.
Nawet gdyby jakaś roślina postanowiła zaryzykować i zakwitnąć w środku mroźnej zimy, napotkałaby kolejny problem: brak owadów. Kwiaty nie rosną po to, by cieszyć nasze oko – ich głównym celem jest zwabienie pszczół, motyli czy trzmieli, które przeniosą pyłek i pozwolą na wydanie nasion.
W Polsce większość owadów zapylających zimuje w formie larw, poczwarek lub ukrytych dorosłych osobników. Kwitnienie w momencie, gdy nie ma komu zapylić kwiatu, byłoby z punktu widzenia ewolucji czystym marnotrawstwem energii. Rośliny są świetnymi strategami i wiedzą, że lepiej poczekać na pierwsze marcowe promienie słońca.
Choć na pierwszy rzut oka polska zima wydaje się bezkwietna, istnieją fascynujące wyjątki. Niektóre rośliny wręcz uwielbiają niskie temperatury i to właśnie wtedy pokazują swoje piękno.
Ciekawostką jest fakt, że rośliny kwitnące zimą mają w swoich sokach naturalne "antyfryzy". To specjalne substancje chemiczne (głównie cukry i białka), które obniżają temperaturę zamarzania wody w komórkach. Dzięki temu nawet jeśli roślina "zmarznie" i oklapnie podczas silnego mrozu, po odwilży często potrafi się podnieść i dalej kwitnąć, jakby nic się nie stało.
W Polsce granica między zimą a wiosną jest bardzo płynna. Już w lutym, jeśli zima jest łagodna, możemy spotkać pierwsze ranniki zimowe – małe, żółte kwiatuszki, które wyglądają jak miniaturowe słoneczka na tle szarej ziemi. Zaraz po nich pojawiają się legendarne przebiśniegi. Ich nazwa nie jest przypadkowa – potrafią one generować niewielką ilość ciepła, która dosłownie roztapia śnieg wokół łodyżki, ułatwiając im wyjście na powierzchnię.
Choć polska zima nie jest tak kolorowa jak ta w klimatach śródziemnomorskich, to właśnie ten brak kwiatów sprawia, że każdy pierwszy pączek znaleziony w lutym czy marcu cieszy nas tak bardzo. To sygnał od natury, że cykl życia trwa nieprzerwanie, nawet pod grubą warstwą śniegu.