Gość (37.30.*.*)
Spacerując alejkami pełnymi egzotycznych drzew i rzadkich krzewów, łatwo ulec wrażeniu, że arboreta to po prostu nieco bardziej zadbane parki. Wiele osób zadaje sobie pytanie: czy w dobie globalnego kryzysu ekonomicznego i pilnych wydatków socjalnych, utrzymywanie takich miejsc ma sens? Czy to nie jest jedynie kosztowne hobby dla garstki botaników? Prawda jest jednak znacznie bardziej złożona i fascynująca. Arboreta to nie tylko „muzea drzew”, ale kluczowe ogniwa w systemie bezpieczeństwa ekologicznego naszej planety.
Słowo „arboretum” pochodzi z łaciny (arbor oznacza drzewo) i w najprostszym tłumaczeniu oznacza kolekcję dendrologiczną. W przeciwieństwie do zwykłego lasu czy parku miejskiego, rośliny są tu sadzone w sposób przemyślany, często z podziałem na regiony geograficzne świata lub pokrewieństwo gatunkowe. Każdy okaz posiada swoją „metryczkę” – wiemy, skąd pochodzi, kiedy został posadzony i jakie ma wymagania. To żywa biblioteka, w której zamiast książek na półkach, mamy drzewa z różnych zakątków globu.
Jedną z najważniejszych funkcji arboretów jest ochrona bioróżnorodności ex situ, czyli poza naturalnym miejscem występowania danej rośliny. W obliczu postępujących zmian klimatu, wycinek lasów tropikalnych i urbanizacji, wiele gatunków drzew znajduje się na krawędzi wyginięcia.
Arboreta pełnią rolę banków genów. Jeśli dany gatunek zniknie ze swojego naturalnego środowiska (np. z powodu pożaru czy choroby), to właśnie dzięki okazom wyhodowanym w arboretach możliwe jest jego odtworzenie i reintrodukcja. Bez tych placówek bezpowrotnie stracilibyśmy setki unikalnych organizmów, które kształtowały ekosystemy przez miliony lat.
Często słyszymy o tym, że nasze lasy umierają. Świerki przegrywają walkę z kornikiem i suszą, a jesiony znikają z krajobrazu z powodu grzybów. Tutaj wkraczają naukowcy pracujący w arboretach. To właśnie w tych miejscach prowadzi się badania nad aklimatyzacją gatunków.
Dzięki arboretom wiemy, które drzewa z innych stref klimatycznych poradzą sobie w naszych nowych, cieplejszych i suchszych warunkach. To poligon doświadczalny dla leśnictwa przyszłości. Testuje się tu odporność roślin na zanieczyszczenia powietrza, zasolenie gleby czy ekstremalne temperatury. Wiedza ta jest bezcenna dla planowania zieleni w miastach, które stają się „wyspami ciepła”.
Najstarszym i jednym z najbogatszych w gatunki tego typu obiektów w Polsce jest Arboretum Kórnickie, założone w pierwszej połowie XIX wieku przez hrabiego Tytusa Działyńskiego. Można tam podziwiać m.in. słynne cypryśniki błotne z charakterystycznymi korzeniami oddechowymi (pneumatoforami), które wyglądają jak wyrastające z ziemi stalagmity.
Przejdźmy do drażliwego tematu pieniędzy. Utrzymanie arboretum – opłacenie ogrodników, naukowców, systemów nawadniania i infrastruktury – kosztuje miliony. Czy to strata pieniędzy? Jeśli spojrzymy na to przez pryzmat krótkoterminowego zysku, odpowiedź mogłaby brzmieć „tak”. Jednak w ekonomii istnieje pojęcie usług ekosystemowych, które arboreta generują w nadmiarze.
Można by pomyśleć: „Mamy przecież lasy państwowe, po co nam sztuczne kolekcje?”. Różnica polega na kontroli i różnorodności. Las gospodarczy nastawiony jest na produkcję drewna lub ochronę konkretnego ekosystemu. Arboretum natomiast pozwala na obserwację gatunków, które w lesie naturalnym nie miałyby szans na przetrwanie lub nie występują tam naturalnie. To miejsce spotkania nauki z estetyką, gdzie każdy krzew ma znaczenie badawcze.
W dobie globalnego ocieplenia arboreta stają się naszymi „polisami ubezpieczeniowymi”. Inwestycja w nie to nie fanaberia, lecz konieczność, jeśli chcemy, aby przyszłe pokolenia wiedziały, czym jest cień drzewa i jak pachnie las, który potrafi przetrwać w zmieniającym się świecie. Wydatki na te instytucje to ułamek budżetów państwowych, a korzyści płynące z zachowania dziedzictwa przyrodniczego są po prostu nieprzeliczalne na żadną walutę.