Gość (37.30.*.*)
Wyobraź sobie świat, w którym ewolucja potoczyła się zupełnie innym torem. Ludzie, których znamy, to delikatne istoty zależne od rolnictwa i miękkich tkanin. Jednak w tej alternatywnej rzeczywistości gatunek ludzki stałby się biologicznym majstersztykiem wydajności, przystosowanym do przetrwania w warunkach, które dla nas byłyby ekstremalne. Taka zmiana fizjologii wywróciłaby do góry nogami nie tylko naszą dietę, ale całą kulturę, modę i sposób, w jaki postrzegamy własne ciało.
W naszym świecie 37,3°C to stan podgorączkowy — sygnał, że organizm walczy z infekcją. Dla „nowego człowieka” byłaby to jednak temperatura bazowa. Wyższa ciepłota ciała oznacza przyspieszony metabolizm i szybsze reakcje chemiczne w komórkach. Tacy ludzie byliby prawdopodobnie bardziej dynamiczni, a ich układ odpornościowy działałby na „podwyższonych obrotach” przez cały czas, czyniąc ich naturalnie odpornymi na wiele dzisiejszych patogenów.
Najbardziej fascynującym elementem tej fizjologii są brązowe krwinki. Stanowiąc 20% wszystkich czerwonych krwinek, pełniłyby funkcję mobilnych piecyków. W dzisiejszej biologii znamy brunatną tkankę tłuszczową, która spala energię, by wytworzyć ciepło. Tutaj ten proces zachodziłby bezpośrednio w krwiobiegu. Dzięki temu człowiek mógłby przetrwać mrozy w samej bieliźnie, ponieważ jego krew aktywnie produkowałaby ciepło, zamiast tylko je transportować.
Dodatkowo, obecność organu produkującego żółte krwinki sugeruje istnienie wyspecjalizowanego systemu wsparcia. Mogłyby one pełnić rolę „pogotowia metabolicznego” — uwalniane w sytuacjach ekstremalnego wysiłku lub wychłodzenia, dostarczałyby enzymy błyskawicznie podnoszące wydajność organizmu.
Dzisiejsi dietetycy ostrzegają przed lektynami, kwasem fitynowym czy inhibitorami proteaz, nazywając je substancjami antyodżywczymi. W tej hipotetycznej wizji te związki stają się pełnowartościowym paliwem.
Taki układ pokarmowy czyni człowieka niemalże „wszystkożernym idealnym”. Nie istniałoby pojęcie niedoborów minerałów spowodowanych dietą roślinną, bo organizm potrafiłby wycisnąć każdą cząsteczkę fosforu czy magnezu z najbardziej opornych nasion.
Największa rewolucja dotyczy jednak metabolizmu tłuszczów. Jeśli człowiek pozyskiwałby pięciokrotnie więcej energii z tłuszczów zwierzęcych niż obecnie, gram tłuszczu dostarczałby około 45 kcal (zamiast obecnych 9 kcal).
To całkowicie zmieniłoby anatomię i styl życia:
Wewnętrzna produkcja witaminy K uniezależniłaby nas od zielonych warzyw liściastych i bakterii jelitowych. W połączeniu z hormonem reakcji mechanicznych, ludzkie ciało stałoby się niezwykle odporne na urazy.
Ten tajemniczy hormon mógłby działać na zasadzie „biologicznego utwardzacza” — w odpowiedzi na nacisk, uderzenie lub wibracje, błyskawicznie wzmacniałby strukturę kości i gęstość włókien mięśniowych. Sportowcy w takim świecie nie musieliby trenować latami; ich ciało reagowałoby na obciążenia niemal w czasie rzeczywistym, przebudowując się pod wpływem mechanicznych bodźców.
Największym wyzwaniem codzienności byłaby jednak... szafa. Uczulenie na len, bawełnę i bambus wykluczyłoby 90% dzisiejszych tekstyliów. Jak wyglądałaby moda?
W naszym świecie istnieją organizmy, które trawią chitynę bez problemu — są to m.in. niektóre gatunki małp i nietoperzy, a nawet niektóre ludzkie populacje posiadają aktywny gen chitynazy (CHIT1), choć jego wydajność jest zbyt niska, byśmy mogli żywić się wyłącznie pancerzami krewetek.
Gdybyśmy faktycznie posiadali opisane wyżej cechy, nie bylibyśmy już tylko mieszkańcami Ziemi, ale jej prawdziwymi zdobywcami, zdolnymi przetrwać epokę lodowcową z uśmiechem na ustach i surową fasolą w kieszeni.