Gość (37.30.*.*)
Wizja świata, w którym każdy produkt na półce sklepowej ma doliczony podatek za emisję CO2 wyemitowaną podczas jego produkcji, transportu i utylizacji, jest jednym z najczęściej omawianych tematów w nowoczesnej ekonomii środowiska. Choć teoretycznie model ten wydaje się sprawiedliwy – „płacisz za to, ile psujesz planetę” – to w praktyce ekonomiści i logistycy stają przed wyzwaniem, które przypomina próbę policzenia ziaren piasku na plaży.
Krótka odpowiedź brzmi: absolutnie nie. Choć dla paliw kopalnych (węgla, gazu, ropy) wyliczenie emisji jest stosunkowo łatwe, sprawa komplikuje się drastycznie, gdy przechodzimy do produktów złożonych, takich jak smartfon, samochód czy nawet bochenek chleba.
Głównym problemem jest tzw. ślad węglowy w całym cyklu życia (Life Cycle Assessment – LCA). Aby rzetelnie opodatkować produkt, musielibyśmy wiedzieć:
Obecnie ekonomiści przyznają, że nie mamy globalnego, ujednoliconego systemu śledzenia tych danych w czasie rzeczywistym. Wprowadzenie takiego podatku wymagałoby gigantycznej biurokracji i cyfrowych paszportów produktów, które rejestrowałyby ślad węglowy na każdym etapie łańcucha dostaw. Bez tego podatek byłby oparty na bardzo grubych szacunkach, co mogłoby być krzywdzące dla firm, które realnie inwestują w „zielone” technologie.
To pytanie, które najbardziej dotyka nasze portfele. Wzrost cen zależałby od dwóch czynników: wysokości stawki za tonę wyemitowanego CO2 oraz „węglochłonności” danego produktu.
Ekonomiści często posługują się modelami zakładającymi cenę w okolicach 50–100 dolarów za tonę CO2 (choć niektóre scenariusze klimatyczne mówią nawet o 200 dolarach). Przy takich założeniach zmiany cen nie byłyby rozłożone równomiernie:
Warto jednak pamiętać o mechanizmie, który ekonomiści nazywają „dywidendą węglową”. Wiele projektów zakłada, że pieniądze zebrane z podatku nie trafiałyby do ogólnego budżetu państwa, ale byłyby wypłacane obywatelom w formie równego czeku dla każdego. W takim scenariuszu osoby żyjące skromnie i emitujące mało CO2 mogłyby wręcz zyskać finansowo, mimo wzrostu cen w sklepach.
Unia Europejska już teraz wprowadza rozwiązanie o nazwie CBAM (Carbon Border Adjustment Mechanism). Jest to rodzaj „cła węglowego” nakładanego na towary importowane spoza UE (np. stal, cement, nawozy), których produkcja wiązała się z wysoką emisją. Ma to zapobiec sytuacji, w której europejskie firmy przegrywają z konkurencją z krajów, gdzie nie dba się o ekologię. To pierwszy krok w stronę powszechnego podatku węglowego, o który pytasz.
Z punktu widzenia czystej ekonomii, podatek węglowy jest uznawany za najskuteczniejsze narzędzie walki z ociepleniem klimatu. Dlaczego? Ponieważ wykorzystuje mechanizm rynkowy. Jeśli produkt „brudny” staje się droższy, konsumenci naturalnie wybierają tańszą, „czystszą” alternatywę, a firmy są zmuszone do innowacji, by obniżyć koszty (czyli emisje).
Jednak wyzwanie logistyczne związane z precyzyjnym wyliczeniem podatku dla każdego jogurtu czy pary butów pozostaje na razie w sferze teorii. Najprawdopodobniej będziemy świadkami stopniowego obejmowania podatkiem kolejnych, coraz bardziej złożonych sektorów gospodarki, zamiast jednego, nagłego wprowadzenia go dla wszystkich produktów jednocześnie.
Ekonomiści są zgodni co do jednego: wprowadzenie takiego podatku bez mechanizmów osłonowych dla najuboższych mogłoby wywołać ogromne niepokoje społeczne. Dlatego kluczem nie jest samo „czy” wprowadzać podatek, ale „jak” sprawiedliwie rozdzielić zebrane z niego środki.