Gość (188.146.*.*)
Wyobraźmy sobie świat, w którym ludzki organizm przechodzi biologiczną rewolucję. Zamiast polegać wyłącznie na standardowych białkach, tłuszczach i węglowodanach, zyskujemy zdolność metabolicznego wykorzystania związków, które dziś uznajemy za suplementy diety lub fitohormony. DHEA, androstendion, pyłek sosnowy czy saponiny sterydowe stają się dla nas nowym źródłem energii. Choć brzmi to jak scenariusz filmu science-fiction, analiza fizjologiczna takiej zmiany rzuca ciekawe światło na to, jak działa nasze ciało i dlaczego ewolucja mogła nas przed takimi "ulepszeniami" powstrzymać.
Zacznijmy od twardej matematyki i fizjologii trawienia. W Twoim scenariuszu człowiek uzyskuje z tych substancji 0,05 kcal na każdy gram. Aby zrozumieć, jak mała jest to wartość, zestawmy ją z tym, co jemy na co dzień:
Oznacza to, że aby pozyskać z pyłku sosnowego lub lignanów tyle samo energii, co z jednego małego jabłka (ok. 50 kcal), musiałbyś zjeść aż 1 kilogram tych substancji. Z perspektywy wydajności energetycznej, taka zmiana jest skrajnie niekorzystna. Organizm wkładałby ogromny wysiłek w procesy trawienne, otrzymując w zamian niemal zerowy zysk kaloryczny.
Kluczowym elementem tej hipotetycznej zmiany jest pobudzenie przysadki mózgowej do wydzielania hormonu luteinizującego (LH). W normalnych warunkach LH u mężczyzn stymuluje jądra do produkcji testosteronu, a u kobiet wywołuje owulację i produkcję progesteronu.
Ciągłe pobudzanie przysadki przez dietę mogłoby doprowadzić do zjawiska zwanego "downregulation" (downregulacja receptorów). Gdy organizm jest stale zalewany sygnałem do produkcji hormonów, receptory stają się na niego odporne. W efekcie, zamiast stać się "super-człowiekiem" z wysokim poziomem hormonów płciowych, moglibyśmy doprowadzić do całkowitego rozregulowania układu hormonalnego, problemów z płodnością i huśtawek nastroju.
W Twoim scenariuszu pojawiają się dwa potężne "efekty uboczne": spowolnienie trawienia o 50% i metabolizmu o 10%. Przyjrzyjmy się, co to oznacza w praktyce krok po kroku:
Krok 1: Spowolnienie trawienia (o 50%)
Jeśli standardowy posiłek opuszcza żołądek po około 2–4 godzinach, w nowym systemie proces ten trwałby od 4 do 8 godzin. Zalegające jedzenie w układzie pokarmowym to prosta droga do:
Krok 2: Spowolnienie metabolizmu (o 10%)
Załóżmy, że Twoje podstawowe zapotrzebowanie kaloryczne (BMR) wynosi 2000 kcal.
Choć 200 kcal wydaje się małą liczbą, w skali roku oznacza to nadwyżkę energetyczną rzędu 73 000 kcal, co przekłada się na potencjalny przyrost masy ciała o około 10 kilogramów tkanki tłuszczowej rocznie, przy zachowaniu tej samej diety!
Biorąc pod uwagę wszystkie czynniki, odpowiedź brzmi: nie, taka zmiana byłaby dla człowieka skrajnie niekorzystna.
Oto główne powody:
Współczesna fizjologia człowieka jest nastawiona na maksymalną wydajność pozyskiwania energii przy minimalnym obciążeniu narządów. "Aktualizacja", która spowalnia nasze wewnętrzne silniki i daje w zamian paliwo o niskiej jakości, byłaby ewolucyjnym krokiem wstecz. Choć fascynujące jest myślenie o trawieeniu fitohormonów jak paliwa, nasze ciało znacznie lepiej radzi sobie, traktując je jako subtelne sygnały chemiczne, a nie główne danie.