Gość (83.4.*.*)
Wielu z nas zdarzyło się w przypływie irytacji użyć słowa, które powszechnie uznaje się za obraźliwe. „Frajer” to jedno z tych określeń, które w polszczyźnie zakorzeniło się wyjątkowo mocno. Choć w potocznym rozumieniu oznacza osobę naiwną, dającą się łatwo oszukać lub pozbawioną sprytu, z punktu widzenia prawa sprawa jest znacznie bardziej złożona. Czy fakt, że ktoś obiektywnie wykazuje cechy „frajera”, zdejmuje z nas odpowiedzialność za użycie tego słowa? Odpowiedź może być dla wielu zaskakująca.
Aby zrozumieć, jak prawo podchodzi do wyzywania innych, musimy rozróżnić dwa kluczowe pojęcia z Kodeksu karnego: zniewagę (art. 216 kk) oraz zniesławienie (art. 212 kk).
Zniesławienie polega na pomówieniu kogoś o takie postępowanie lub właściwości, które mogą poniżyć tę osobę w opinii publicznej lub narazić na utratę zaufania potrzebnego dla danego stanowiska czy zawodu. Tutaj kluczowe jest uderzenie w „zewnętrzną” cześć człowieka, czyli jego reputację.
Zniewaga natomiast to uderzenie w godność osobistą, czyli „wewnętrzne” poczucie własnej wartości. Nazwanie kogoś „frajerem” najczęściej kwalifikuje się właśnie jako zniewaga. Jest to określenie o charakterze ocennym i pejoratywnym, które ma na celu upokorzenie adresata, a nie rzetelny opis jego cech charakteru.
To najciekawszy punkt Twojego pytania. W przypadku zniesławienia (art. 212 kk) istnieje tzw. kontratyp prawdy – jeśli udowodnisz, że to, co mówisz, jest prawdą (i robisz to w obronie społecznie uzasadnionego interesu), możesz uniknąć kary. Jednak w przypadku zniewagi (art. 216 kk) sytuacja wygląda zupełnie inaczej.
Prawo stoi na stanowisku, że nawet jeśli ktoś rzeczywiście jest naiwny lub mało sprytny, nie daje to nikomu prawa do naruszania jego godności poprzez używanie pogardliwych epitetów. Innymi słowy: w procesie o zniewagę sąd zazwyczaj nie bada, czy pokrzywdzony faktycznie zachowuje się jak „frajer”. Liczy się sam fakt użycia słowa powszechnie uznanego za obelżywe w celu poniżenia drugiej osoby.
W polskim orzecznictwie przyjmuje się, że każdy człowiek ma prawo do poszanowania godności, bez względu na to, jakie błędy popełnia czy jak bardzo jest podatny na manipulacje. „Prawdziwość” cechy nie legitymizuje używania obraźliwego języka.
Sądy przy ocenie, czy doszło do zniewagi, biorą pod uwagę tzw. kryteria obiektywne. Nie liczy się tylko to, czy dana osoba poczuła się urażona (subiektywne odczucie), ale czy w danym środowisku i kontekście użyte słowo jest uznawane za obraźliwe.
Poza drogą karną (która w przypadku zniewagi odbywa się z oskarżenia prywatnego), istnieje jeszcze ścieżka cywilna. Zgodnie z art. 23 i 24 Kodeksu cywilnego, dobra osobiste człowieka, takie jak cześć i godność, pozostają pod ochroną prawa cywilnego.
Osoba nazwana „frajerem” może domagać się:
W procesie cywilnym ciężar dowodu, że działanie nie było bezprawne, spoczywa na osobie, która użyła obraźliwego słowa. Wykazanie, że „przecież on naprawdę jest naiwny”, rzadko jest uznawane za wystarczającą linię obrony, ponieważ prawo chroni przed formą ekspresji, która jest pogardliwa.
Słowo „frajer” ma bardzo ciekawą historię i nie zawsze było obraźliwe. Wywodzi się z języka niemieckiego (Freier), gdzie pierwotnie oznaczało zalotnika lub kandydata na męża. Później w żargonie przestępczym (grypserze) zaczęło oznaczać osobę spoza świata przestępczego, kogoś, kto nie zna zasad i kogo można łatwo oszukać. Z czasem przeniknęło do języka potocznego jako synonim naiwniaka. Co ciekawe, w języku czeskim słowo frajer ma wydźwięk pozytywny i oznacza kogoś szykownego, eleganckiego lub „zucha”. W Polsce jednak lepiej trzymać się od niego z daleka w oficjalnych czy konfliktowych sytuacjach.
Podsumowując, prawo traktuje nazwanie kogoś „frajerem” jako potencjalną zniewagę. Fakt, że dana osoba rzeczywiście przejawia cechy przypisywane temu słowu, nie stanowi automatycznego „biletu wolności” dla osoby obrażającej. Godność ludzka jest chroniona bezwarunkowo, a używanie pejoratywnych etykiet zamiast merytorycznej krytyki zachowania może skończyć się wyrokiem karnym lub koniecznością zapłaty zadośćuczynienia w procesie cywilnym. Jeśli chcesz skrytykować czyjąś naiwność, bezpieczniej (i kulturalniej) jest opisać konkretne zachowanie, zamiast stosować stygmatyzujące określenia.