Gość (37.30.*.*)
Marzenie o stworzeniu współczesnego odpowiednika Łazienek Królewskich to wizja, która łączy w sobie mecenat sztuki, zamiłowanie do natury i rozmach godny królów. Choć dzisiejsi miliarderzy dysponują środkami, które przyćmiewają skarbiec Stanisława Augusta Poniatowskiego, realizacja takiego projektu w XXI wieku napotyka na zupełnie inne przeszkody niż te osiemnastowieczne. Czy współczesna biurokracja faktycznie jest „smokiem”, którego nie da się pokonać złotem?
Zakup 100 hektarów ziemi poza ścisłym centrum miasta wydaje się najprostszym etapem, ale w polskich realiach nawet to kryje pułapki. Jeśli grunt ma status rolny, inwestor zderza się z ustawą o kształtowaniu ustroju rolnego. Krajowy Ośrodek Wsparcia Rolnictwa (KOWR) ma prawo pierwokupu większości takich nieruchomości. Aby osoba niebędąca rolnikiem mogła kupić tak duży areał, musi uzyskać zgodę Dyrektora Generalnego KOWR, co wymaga wykazania, że inwestycja przysłuży się lokalnej społeczności.
Kiedy już grunt znajdzie się w rękach inwestora, pojawia się kluczowy dokument: Miejscowy Plan Zagospodarowania Przestrzennego (MPZP). Jeśli plan zakłada tam uprawy lub las, budowa pałacu, hoteli i sal konferencyjnych jest niemożliwa bez zmiany przeznaczenia gruntu. Proces „odrolnienia” i zmiany planu trwa latami, wymaga zgód na szczeblu gminnym, a czasem i ministerialnym. To tutaj większość wizjonerskich projektów ląduje w szufladzie.
Załóżmy, że inwestor ma już odpowiednie zapisy w planie zagospodarowania. Brak nadzoru konserwatora zabytków (skoro budujemy od zera na „czystym” gruncie) daje ogromną wolność architektoniczną, ale nie oznacza braku kontroli. Każdy budynek – od repliki Pałacu na Wyspie po nowoczesne centrum konferencyjne – musi spełniać rygorystyczne Prawo Budowlane.
Współczesny „król” musiałby zmierzyć się z:
Czy system rzuca kłody pod nogi? I tak, i nie. Z jednej strony, państwo promuje inwestycje tworzące miejsca pracy (hotele, restauracje). Z drugiej strony, polski system podatkowy i niejasność przepisów mogą zniechęcać. Utrzymanie 100-hektarowego parku z symboliczną opłatą za wstęp to model biznesowy, który generuje ogromne koszty stałe.
Inwestor musiałby liczyć się z wysokim podatkiem od nieruchomości. O ile parki publiczne są z niego zwolnione, o tyle prywatny kompleks o charakterze komercyjnym (hotele, sale konferencyjne) podlega najwyższym stawkom podatkowym. Symboliczna opłata za wstęp nie pokryłaby nawet ułamka kosztów ochrony, pielęgnacji zieleni czy oświetlenia. Cały ciężar finansowy musiałaby udźwignąć część hotelowo-eventowa, co wymusza na inwestorze bycie bardziej sprawnym managerem niż mecenasem sztuki.
Stanisław August Poniatowski wydał na Łazienki fortunę, która doprowadziła go niemal do bankructwa. Szacuje się, że roczne utrzymanie dworu i inwestycje budowlane pochłaniały znaczną część budżetu państwa (skarbca królewskiego). Dzisiejszy miliarder, budując taki kompleks, musiałby liczyć się z wydatkiem rzędu kilkuset milionów, a nawet miliarda złotych, biorąc pod uwagę koszty nowoczesnych technologii ukrytych w klasycznych formach.
Odpowiedź brzmi: tak, ale pod pewnymi warunkami. Współcześnie zamożna osoba mogłaby stworzyć taki kompleks, jednak nie byłaby to „realizacja bez udziału państwa”. Inwestor musiałby stać się partnerem dla lokalnego samorządu. Gminy zazwyczaj chętnie widzą u siebie dużych podatników i atrakcje turystyczne, więc przy odpowiednim kapitale i armii prawników, bariery biurokratyczne są do przejścia.
Największą barierą nie jest brak pieniędzy czy zła wola urzędników, ale czas. Proces od zakupu ziemi do przecięcia wstęgi w gotowym pałacu mógłby trwać od 10 do 15 lat. W dzisiejszym świecie, gdzie kapitał oczekuje szybkich zwrotów, mało który przedsiębiorca decyduje się na tak długofalowy i ryzykowny projekt o charakterze filantropijno-biznesowym.
Przykłady takich realizacji, choć na mniejszą skalę, już istnieją. Prywatne arboreta, luksusowe hotele w odrestaurowanych (lub dobudowanych) pałacach z ogromnymi parkami pokazują, że da się połączyć komercję z estetyką godną królów. Jednak stworzenie obiektu o skali i znaczeniu kulturowym Łazienek Królewskich wymagałoby nie tylko portfela, ale i cierpliwości, której współczesny system prawny wymaga w nadmiarze.