Gość (37.30.*.*)
Język, którym opisujemy sztukę, jest niezwykle plastyczny i często zapożycza określenia z różnych dziedzin, aby lepiej oddać charakter procesu twórczego. Kiedy słyszymy o „literaturze muzycznej” albo o tym, że ktoś „rzeźbi w nutach”, wkraczamy w świat metafor, które mają za zadanie połączyć abstrakcyjne dźwięki z czymś namacalnym i trwałym. Te określenia nie wzięły się znikąd – mają swoje głębokie uzasadnienie w historii, technice pracy oraz w tym, jak postrzegamy dzieło sztuki.
Określenie „literatura muzyczna” może na początku brzmieć nieco paradoksalnie. Przecież literatura to słowa, a muzyka to dźwięki. Jednak kluczem do zrozumienia tego terminu jest słowo pisane. Zanim utwór trafi do naszych uszu, najczęściej musi zostać zapisany w formie partytury. Nuty są dla muzyka tym samym, czym litery dla pisarza – systemem znaków, który pozwala utrwalić ulotną myśl.
Używamy tego terminu z kilku kluczowych powodów:
Metafora rzeźbienia jest jedną z najpiękniejszych i najbardziej trafnych w odniesieniu do pracy artysty. Dlaczego nie mówimy po prostu „pisać” lub „komponować”? Ponieważ „rzeźbienie” sugeruje opór materii, mozolną pracę i dążenie do idealnej formy poprzez odrzucanie tego, co zbędne.
Kiedy kompozytor „rzeźbi w nutach”, a pisarz „rzeźbi w literach”, mamy do czynienia z procesem, który przypomina pracę Michała Anioła nad blokiem marmuru. Artysta nie tylko dodaje nowe elementy, ale przede wszystkim szlifuje to, co już stworzył.
Rzeźbiarz musi uważać na każdy ruch dłuta – jeden błąd może zniszczyć całą strukturę. Podobnie jest w muzyce i literaturze. Dobór odpowiedniego akordu, pauzy czy słowa wymaga ogromnej precyzji. „Rzeźbienie” oznacza tutaj walkę o to, by każda nuta i każda litera miały swoje uzasadnione miejsce w przestrzeni dzieła.
Choć muzyka i tekst są liniowe (odbieramy je w czasie), to ich struktura często jest postrzegana jako bryła. Dobrze skonstruowana powieść ma swoją architekturę, a symfonia – swoją masę i dynamikę. Artysta „wycina” w ciszy lub na białej kartce kształty, które mają stać się dla odbiorcy namacalne.
Zjawisko zapożyczania terminów między różnymi dyscyplinami sztuki nazywamy korespondencją sztuk. To naturalny mechanizm, ponieważ ludzki mózg często szuka analogii, aby opisać trudne do uchwycenia wrażenia zmysłowe.
Ciekawostką jest, że nie tylko muzyka pożycza od literatury czy rzeźby. W architekturze mówi się przecież, że jest ona „zamrożoną muzyką” (słynne określenie przypisywane Goethemu lub Schellingowi). Z kolei malarze często mówią o „rytmie” obrazu lub „tonacji” kolorystycznej.
Używanie takich określeń jak „rzeźbić w literach” podkreśla również rzemieślniczy aspekt sztuki. Przypomina nam, że wielkie dzieła nie powstają wyłącznie w wyniku nagłego natchnienia, ale są efektem ciężkiej, fizycznej wręcz pracy nad materiałem, jakim jest język czy dźwięk.
W dawnych traktatach muzycznych często porównywano retorykę (sztukę przemawiania) do kompozycji muzycznej. Uważano, że utwór muzyczny powinien mieć swój wstęp, rozwinięcie tezy, a nawet momenty „argumentacji” i podsumowania, dokładnie tak jak dobra mowa wygłoszona przez oratorów w starożytnym Rzymie. To właśnie stąd wywodzi się silne powiązanie muzyki z pojęciami zaczerpniętymi z nauk humanistycznych i literatury.