Gość (37.30.*.*)
Wyobraźmy sobie niezwykłe spotkanie przy jednym stole: rycerza z czasów bitwy pod Warną (XV w.), barokowego szlachcica z okresu potopu szwedzkiego (XVII w.), oświeceniowego literata z czasów Sejmu Wielkiego (XVIII w.) oraz współczesnego użytkownika smartfona. Choć wszyscy teoretycznie mówią „po polsku”, ich rozmowa przypominałaby raczej próbę nastrojenia radia na bardzo zakłóconych falach. Czy by się zrozumieli? Krótka odpowiedź brzmi: tak, ale z ogromnym trudem i licznymi nieporozumieniami.
Osoba z połowy XV wieku byłaby dla pozostałych największą zagadką. Język staropolski z tego okresu brzmiał zupełnie inaczej niż to, co słyszymy dzisiaj. Przede wszystkim w XV wieku wciąż żywa była liczba podwójna. Oznacza to, że polszczyzna miała osobne końcówki dla jednej osoby, dla dwóch osób i dla grupy powyżej dwóch osób. Kiedy rycerz powiedziałby „idziecie”, mógłby mieć na myśli dokładnie dwie osoby, co dla współczesnego Polaka byłoby niejasne.
Kolejną barierą byłaby wymowa. W XV wieku istniał jeszcze iloczas, czyli rozróżnienie na samogłoski długie i krótkie (podobnie jak w dzisiejszym języku czeskim czy angielskim). Słowa, które dziś brzmią tak samo, wtedy mogły mieć inne znaczenie w zależności od długości wypowiadanej litery. Do tego dochodzi twarda wymowa głosek, które dziś są miękkie, oraz zupełnie inne brzmienie nosówek. Współczesny Polak mógłby odnieść wrażenie, że słucha kogoś mówiącego w bardzo dziwnym, archaicznym dialekcie słowackim lub czeskim.
Szlachcic z połowy XVII wieku miałby już znacznie łatwiej w kontakcie z nami, ale jego sposób mówienia byłby irytujący dla pozostałych. To czasy makaronizmów – polszczyzna była wtedy wręcz „zalana” łaciną. Wykształcony człowiek tamtej epoki wplatał łacińskie konstrukcje i słowa w niemal każde zdanie.
Dla osoby z XV wieku mowa siedemnastowiecznego szlachcica byłaby zbyt „nowoczesna” i pełna obcych zapożyczeń. Z kolei dla nas problemem byłaby niezwykle rozbudowana etykieta i kwiecistość języka. Szlachcic nie zapytałby „co słychać?”, lecz wygłosiłby skomplikowaną tyradę pełną tytułów i uniżonych zwrotów. Co ciekawe, to właśnie w XVII wieku zaczęły zanikać niektóre archaiczne formy gramatyczne, co przybliża ten język do naszej współczesności.
Gość z połowy XVIII wieku byłby swego rodzaju pomostem. W tym czasie, dzięki reformom edukacyjnym i działalności takich osób jak Franciszek Bohomolec czy Ignacy Krasicki, zaczęto oczyszczać język z nadmiaru łaciny. Polszczyzna stała się bardziej klarowna, logiczna i zbliżona do formy literackiej, którą znamy z książek Adama Mickiewicza (choć to już wiek XIX).
Współczesny Polak zrozumiałby niemal 90% tego, co mówi osoba z XVIII wieku. Problemem byłyby jednak „fałszywi przyjaciele” – słowa, które brzmią tak samo, ale wtedy znaczyły coś zupełnie innego. Przykładowo, słowo „biust” mogło oznaczać rzeźbę (popiersie), a nie część ciała, a „krawat” mógł być kojarzony z konkretną formacją wojskową (Chorwatami), a nie elementem męskiej garderoby.
Gdyby ta czwórka spróbowała porozmawiać o konkretach, szybko doszłoby do zgrzytów. Oto główne przyczyny:
Już w czasach Jana Kochanowskiego (XVI w.) i później w baroku, niektóre wyrazy z „Bogurodzicy” (najstarszego polskiego hymnu) były uważane za tak archaiczne, że wymagały wyjaśnienia. Słowa takie jak „dziela” (dla) czy „zbożny” (pomyślny, a nie religijny) wychodziły z użycia szybciej, niż nam się wydaje. To pokazuje, jak dynamicznie zmieniał się nasz język na przestrzeni wieków.
Podsumowując, nasi hipotetyczni rozmówcy prawdopodobnie byliby w stanie zamówić razem posiłek i wymienić podstawowe uprzejmości, ale głęboka dyskusja o filozofii czy polityce skończyłaby się bólem głowy dla każdej ze stron. Najwięcej wysiłku musiałby włożyć współczesny Polak i rycerz z XV wieku – dzieli ich bowiem nie tylko 600 lat historii, ale i niemal całkowita przebudowa struktury języka.