Gość (37.30.*.*)
Słowo „apka” to klasyczny przykład tego, jak język polski potrafi błyskawicznie zaadaptować obce wzorce i nadać im swojski, niemal domowy charakter. Choć dziś słyszymy je w co drugiej reklamie telewizyjnej, a banki prześcigają się w promowaniu swoich „apek”, próżno szukać w historii jednego konkretnego wynalazcy tego terminu. Nie stoi za nim żaden copywriter z agencji reklamowej ani znany językoznawca. „Apka” narodziła się tam, gdzie powstaje większość współczesnych skrótów – w tyglu potocznej mowy użytkowników internetu.
Geneza tego słowa jest dość prosta i wynika z dwóch procesów: zapożyczenia z języka angielskiego oraz naturalnej dla polszczyzny tendencji do zdrabniania. W języku angielskim słowo application zostało skrócone do formy app (spopularyzowanej masowo po premierze App Store przez Apple w 2008 roku). Polscy użytkownicy smartfonów szybko przejęli ten krótki termin, ale zamiast mówić „mam nową app”, dodali do niego charakterystyczną końcówkę „-ka”.
W językoznawstwie proces ten nazywamy derywacją. Końcówka „-ka” pełni w Polsce funkcję nie tylko zdrabniającą, ale też tworzącą nazwy przedmiotów codziennego użytku. Mamy przecież „komórkę”, „fotkę”, „przeglądarkę” czy „stronkę”. „Apka” idealnie wpisała się w ten schemat, sprawiając, że technologia przestała brzmieć groźnie i profesjonalnie, a stała się czymś bliskim i łatwym w obsłudze.
Jeszcze dekadę temu banki kojarzyły się z powagą, garniturami i bardzo oficjalnym językiem. Dlaczego więc dziś w ich komunikacji króluje „apka” zamiast „aplikacji mobilnej”? Odpowiedź tkwi w psychologii marketingu i skracaniu dystansu.
Wielu purystów językowych początkowo krzywiło się na dźwięk tego słowa, uważając je za niechlujne. Jednak język ewoluuje. Obecnie „apka” jest uznawana za formę potoczną, która w pełni zadomowiła się w polszczyźnie. Słowniki odnotowują jej istnienie, zaznaczając, że choć w oficjalnym piśmie (np. w pracy magisterskiej czy umowie kredytowej) lepiej użyć pełnej nazwy „aplikacja”, to w komunikacji codziennej i marketingowej jest ona jak najbardziej dopuszczalna.
Co ciekawe, podobne procesy zachodzą w innych językach, choć z różnym skutkiem. Niemcy często używają po prostu angielskiego App, ale już w krajach hiszpańskojęzycznych można spotkać formę aplicatita (choć rzadziej niż u nas). Polacy mają jednak wyjątkową słabość do „-ek” i „-ek”, co sprawia, że nasza technologia brzmi wyjątkowo przytulnie.
Przełom nastąpił około 2012–2015 roku, kiedy nasycenie rynku smartfonami w Polsce przekroczyło masę krytyczną. To wtedy słowo wyszło z wąskich kręgów „geeków” i trafiło pod strzechy. Dziś używają go wszyscy – od nastolatków po seniorów, co jest najlepszym dowodem na to, że słowo to było nam po prostu potrzebne do oswojenia nowej rzeczywistości.
Podsumowując, za „apkę” odpowiadamy my wszyscy – użytkownicy, którzy potrzebowali krótkiego, wygodnego i swojskiego określenia na programy w naszych telefonach. To jeden z tych rzadkich przypadków, gdzie język ulicy i internetu całkowicie zdominował oficjalną komunikację wielkich instytucji finansowych.