Gość (37.30.*.*)
Diamenty od wieków rozpalają wyobraźnię, symbolizując luksus, trwałość i rzadkość. Choć w jubilerskich witrynach lśnią kusząco, ich droga na powierzchnię Ziemi jest niezwykle skomplikowana. Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego natura tak skąpi nam tych drogocennych kamieni, podczas gdy w kosmosie mogą one występować w ilościach wręcz niewyobrażalnych? Przyjrzyjmy się bliżej chemii, fizyce i ekonomii ukrytej w głębiach planet.
Wbrew powszechnemu przekonaniu, diamenty nie powstają z węgla kamiennego. Ich historia zaczyna się znacznie głębiej – około 150 do 200 kilometrów pod naszymi stopami, w płaszczu Ziemi. To tam panują ekstremalne warunki: ciśnienie rzędu 45-60 kilobarów oraz temperatury sięgające od 900 do 1300 stopni Celsjusza. Tylko w takim „piekle” atomy węgla mogą ułożyć się w niezwykle gęstą i twardą strukturę krystaliczną.
Problem polega na tym, że diamenty są uwięzione bardzo głęboko. Docierają do nas jedynie dzięki rzadkim, gwałtownym erupcjom wulkanicznym, które tworzą tak zwane kominy kimberlitowe. Magma pędzi ku powierzchni z ogromną prędkością, działając jak winda dla diamentów. Jeśli proces ten trwałby zbyt wolno, diamenty w wyniku spadku ciśnienia i wysokiej temperatury po prostu zamieniłyby się w grafit – ten sam, który mamy w ołówkach. Zatem ich „rzadkość” na powierzchni wynika nie tyle z braku węgla w Ziemi, co z trudności ich bezpiecznego transportu z głębin.
Jeśli Ziemia wydaje się Wam uboga w diamenty, spójrzcie w niebo. Najbliższe nam „złoża” znajdują się w atmosferach gazowych olbrzymów naszego Układu Słonecznego – Neptuna i Urana. Naukowcy przypuszczają, że panujące tam wysokie ciśnienie powoduje rozpad metanu, co prowadzi do krystalizacji węgla i dosłownego „padania diamentowego deszczu” w głąb planety.
Jeszcze dalej znajdziemy obiekty, które są diamentami w skali makro. Przykładem jest biały karzeł BPM 37093, pieszczotliwie nazwany „Lucy” (od piosenki Beatlesów). To jądro wygasłej gwiazdy, które niemal w całości składa się ze skrystalizowanego węgla. Masa tego „kosmicznego brylantu” to niewyobrażalne kwadryliony karatów. Niestety, odległość 50 lat świetlnych sprawia, że na razie musimy zadowolić się tym, co mamy pod ręką.
Załóżmy, że odkrywamy złoże o składzie, który wymieniliście. To fascynująca mieszanka surowców energetycznych, metali szlachetnych i pierwiastków rzadkich. Przeanalizujmy, jaki wpływ miałyby te konkretne ilości na światową gospodarkę i technologię.
Wspomniane 0,512 m³ siarkowodoru to gaz o zapachu zgniłych jaj. W takiej ilości jest on przede wszystkim problemem logistycznym i BHP, gdyż jest silnie trujący, ale nie ma większego znaczenia gospodarczego.
Gdyby takie złoże odkryto w jednym miejscu, kraj będący jego właścicielem stałby się natychmiastowym graczem na rynku surowców, szczególnie dzięki złotu i ropie. Jednak z punktu widzenia całej ludzkości, największą wartością byłaby nie tyle ilość, co rzadkość niektórych składników (jak polon czy europ), które mogłyby pchnąć do przodu niszowe badania naukowe. Diamenty, choć zawsze pożądane, pozostałyby rzadkie – bo choć w kosmosie są ich całe planety, na Ziemi wciąż musimy polegać na tym, co natura łaskawie wyrzuci nam z głębin.