Gość (37.30.*.*)
Debata nad wydarzeniami lat 1988–1989, a w szczególności nad sensem i koniecznością zawarcia kompromisu przy Okrągłym Stole, to jeden z najgorętszych sporów w polskiej historiografii i publicystyce. Pytanie o to, czy porozumienie z komunistami było jedyną drogą, dzieli nie tylko polityków, ale i badaczy. Choć z perspektywy czasu łatwo oceniać przeszłość, historycy starają się patrzeć na tamte dni przez pryzmat ówczesnej wiedzy, lęków i możliwości.
Większość historyków głównego nurtu, takich jak prof. Andrzej Paczkowski czy prof. Antoni Dudek, wskazuje na niezwykle skomplikowaną sytuację międzynarodową i wewnętrzną, która determinowała działania opozycji. W 1988 roku nikt nie miał pewności, jak zareaguje Związek Radziecki. Choć Michaił Gorbaczow prowadził politykę „pierestrojki”, doktryna Breżniewa (zakładająca zbrojną interwencję w krajach bloku wschodniego w razie zagrożenia socjalizmu) nie została jeszcze oficjalnie i jednoznacznie pogrzebana.
Badacze podkreślają, że liderzy „Solidarności” mieli w pamięci traumę stanu wojennego. Obawiano się, że kolejna fala strajków, jeśli wymknie się spod kontroli, może doprowadzić do krwawej łaźni lub ponownego siłowego rozwiązania ze strony betonu partyjnego w PZPR. W tym ujęciu kompromis nie był kapitulacją, lecz „ucieczką do przodu” – próbą pokojowego wyrwania kawałka wolności w systemie, który wciąż dysponował armią, milicją i aparatem represji.
Kolejnym argumentem za tezą o braku alternatywy był katastrofalny stan polskiej gospodarki. W 1988 roku Polska była krajem bankrutem, z gigantycznym zadłużeniem zagranicznym, szalejącą inflacją i pustymi półkami. Historycy gospodarki zauważają, że ani władza nie była w stanie samodzielnie przeprowadzić reform (brak zaufania społecznego), ani opozycja nie mogła przejąć odpowiedzialności za kraj bez jakiejś formy porozumienia z aparatem urzędniczym.
Współpraca przy Okrągłym Stole miała być sposobem na uzyskanie legitymacji dla bolesnych reform ekonomicznych, które i tak musiały nadejść. Bez tego kompromisu Polsce groził niekontrolowany wybuch społeczny, który mógłby pogrążyć kraj w chaosie na dekady.
Nie wszyscy badacze zgadzają się jednak z tym, że scenariusz z 1989 roku był jedynym możliwym. Historycy o profilu bardziej krytycznym wobec transformacji (często kojarzeni z nurtem prawicowym) stawiają tezę, że komuniści w 1988 roku byli znacznie słabsi, niż nam się wydawało. Według tej teorii system i tak by upadł pod własnym ciężarem, a zawarcie kompromisu było dla władzy „szalupą ratunkową”.
Główne argumenty krytyków to:
W dyskusjach historycznych pojawia się czasem pytanie o scenariusz pośredni – czyli wejście w dialog, ale na znacznie twardszych warunkach. Niektórzy badacze sugerują, że opozycja mogła ugrać więcej, gdyby wiedziała, jak bardzo zdesperowana była ekipa Jaruzelskiego i Kiszczaka.
Jednak, jak zauważa prof. Antoni Dudek, historyk nie może oceniać aktorów tamtych wydarzeń na podstawie wiedzy, którą mamy dzisiaj. W lutym 1989 roku nikt nie wiedział, że za kilka miesięcy upadnie mur berliński, a za dwa lata rozpadnie się ZSRR. Wtedy każdy krok był stąpaniem po kruchym lodzie.
Mało kto pamięta, że kompromis 1988–1989 nie byłby możliwy bez aktywnego udziału Kościoła katolickiego. Duchowni pełnili rolę mediatorów i „świadków” rozmów w Magdalence i przy Okrągłym Stole. Dla wielu historyków to właśnie obecność przedstawicieli Episkopatu dawała obu stronom poczucie bezpieczeństwa – opozycja wierzyła, że nie zostanie oszukana, a władza liczyła na tonowanie nastrojów społecznych przez parafie.
Współczesna nauka historyczna jest w tej kwestii podzielona, choć przeważa pogląd o konieczności sytuacyjnej. Większość badaczy uważa, że choć kompromis miał swoje ciemne strony i długofalowe koszty (takie jak zaniechanie lustracji czy problemy z wymiarem sprawiedliwości), to w tamtym konkretnym momencie historycznym był on najbardziej racjonalnym i najmniej ryzykownym rozwiązaniem.
Teza, że „nie mogło zaistnieć żadne inne rozwiązanie”, jest przez historyków traktowana ostrożnie. W historii zawsze istnieją alternatywy, jednak w 1989 roku każda inna droga – od siłowej konfrontacji po całkowitą bierność – niosła ze sobą ryzyko ogromnych strat ludzkich i cywilizacyjnych, na które ówczesne elity „Solidarności” nie chciały wystawiać narodu.