Gość (37.30.*.*)
Pytanie o to, czy polska rewolucja „Solidarności” była „rewolucją straconych szans”, od lat dzieli historyków, socjologów i samych uczestników tamtych wydarzeń. To nie jest tylko akademicka dyskusja – to spór o fundamenty dzisiejszej Polski, o to, co udało się zbudować po 1989 roku, a co bezpowrotnie zaprzepaszczono w ferworze politycznych zmian. Aby zrozumieć, skąd bierze się ta gorzka teza, musimy przyjrzeć się nie tylko zwycięstwu nad komunizmem, ale przede wszystkim cenie, jaką za nie zapłacono.
Głównym argumentem zwolenników tezy o „straconej szansie” jest porzucenie pierwotnego programu „Solidarności” z 1981 roku. Wtedy ruch ten nie był tylko związkiem zawodowym walczącym o wyższe płace, ale gigantycznym ruchem społecznym z wizją „Samorządnej Rzeczypospolitej”. Zakładała ona, że zakłady pracy będą zarządzane przez rady pracownicze, a gospodarka będzie łączyć elementy rynkowe z silną partycypacją społeczną.
Wielu badaczy, takich jak Karol Modzelewski (jeden z ideologów ruchu), podkreślało po latach, że po 1989 roku elity solidarnościowe zbyt łatwo zrezygnowały z tej podmiotowości robotników. Zamiast budować system oparty na współdecydowaniu, postawiono na szybką prywatyzację i model neoliberalny, w którym głos pracownika przestał mieć znaczenie. W tym sensie „Solidarność” jako ruch społeczny miała przegrać z „Solidarnością” jako nową elitą władzy.
Kolejnym punktem zapalnym jest ocena planu Balcerowicza i terapii szokowej. Choć z perspektywy makroekonomicznej Polska odniosła sukces, unikając hiperinflacji i bankructwa, to z perspektywy społecznej miliony ludzi poczuły się oszukane. Upadek PGR-ów, masowe bezrobocie w regionach przemysłowych i nagłe poczucie zbędności dawnych bohaterów strajków stworzyły grupę nazywaną czasem „sierotami po Solidarności”.
Badacze tacy jak socjolog Andrzej Walicki wskazywali, że rewolucja, która miała przynieść godność i sprawiedliwość, dla wielu stała się symbolem wykluczenia. To właśnie tutaj upatruje się „straconej szansy” na budowę bardziej solidarnego społeczeństwa, w którym wzrost gospodarczy nie odbywałby się kosztem najsłabszych grup zawodowych.
Czy wiesz, że w 1981 roku do „Solidarności” należało blisko 10 milionów Polaków? To był ewenement na skalę światową – niemal co trzeci obywatel kraju był członkiem jednego ruchu. Tak ogromna mobilizacja społeczna rzadko zdarza się w historii, co potęguje późniejsze poczucie rozczarowania, gdy ta masa ludzi poczuła, że nie ma już wpływu na kierunek zmian.
Debata o straconych szansach nie może pominąć politycznego finału rewolucji, czyli porozumień Okrągłego Stołu. Dla części badaczy i polityków (często związanych z prawą stroną sceny politycznej) był to moment, w którym „Solidarność” dała się wciągnąć w układ z komunistami. Twierdzą oni, że szansą, którą stracono, było całkowite rozliczenie starego systemu, przeprowadzenie głębokiej lustracji i wymiana elit.
Zamiast tego otrzymaliśmy „grubą kreskę” i ewolucyjne przejście, które pozwoliło dawnej nomenklaturze odnaleźć się w nowej rzeczywistości, często zamieniając legitymacje partyjne na udziały w sprywatyzowanych spółkach. Z drugiej strony, zwolennicy kompromisu argumentują, że była to jedyna droga do uniknięcia rozlewu krwi i zapewnienia Polsce suwerenności w cieniu wciąż istniejącego Związku Radzieckiego.
Mimo silnych argumentów za tezą o „straconych szansach”, trudno uznać ją za jedyną obowiązującą prawdę. Polska rewolucja odniosła bowiem sukcesy, o których inne kraje bloku wschodniego mogły tylko marzyć:
Wielu historyków sugeruje, że określenie „rewolucja straconych szans” jest zbyt surowe. Być może była to po prostu „rewolucja możliwości ograniczonych” – przez stan gospodarki, geopolitykę i brak doświadczenia w budowaniu kapitalizmu.
To, ile prawdy jest w twierdzeniu o straconych szansach, zależy od tego, co uznamy za główny cel „Solidarności”. Jeśli celem było obalenie komunizmu i odzyskanie niepodległości – rewolucja wygrała w 100%. Jeśli jednak celem była budowa sprawiedliwego społecznie, samorządnego państwa, w którym robotnik jest podmiotem, a nie kosztem w arkuszu kalkulacyjnym – to faktycznie, wiele z tych ideałów pozostało jedynie na papierze postulatów sierpniowych.