Gość (83.4.*.*)
To pytanie dotyka fascynującego paradoksu współczesnej popkultury. Z jednej strony mamy twórców – reżyserów, scenarzystów czy aktorów – którzy są dojrzałymi ludźmi, przechodzą przez kryzysy, wychowują dzieci i korzystają z pomocy psychoterapeutów. Z drugiej strony, efekty ich pracy często wydają się oderwane od rzeczywistości, pełne szkodliwych schematów lub uproszczeń, które w realnym świecie dawno zostałyby zweryfikowane. Dlaczego tak się dzieje? Odpowiedź nie jest jednowymiarowa i kryje się w mechanizmach, które rządzą nie tylko branżą filmową, ale i ludzką psychiką.
Praca w branży filmowej, zwłaszcza na wysokim szczeblu, wiąże się ze specyficznym stylem życia. To środowisko często hermetyczne, w którym ludzie spędzają ze sobą po kilkanaście godzin dziennie na planie, obracając się w kręgu osób o podobnym statusie materialnym i podobnych problemach zawodowych. Choć filmowcy mają swoje prywatne życie, ich "codzienność" drastycznie różni się od codzienności przeciętnego widza.
Kiedy większość czasu spędzasz w środowisku, gdzie sukces mierzy się box office'em, a relacje międzyludzkie są często podszyte networkingiem, Twoja perspektywa na "normalność" ulega skrzywieniu. Nawet jeśli twórca przechodzi przez rozwód, przechodzi go w określonych warunkach – często przy wsparciu drogich prawników, w blasku fleszy lub w cieniu wielkich kontraktów. To doświadczenie, choć autentyczne i bolesne, jest bardzo specyficzne i trudne do przełożenia na uniwersalny język realizmu, który zrozumie osoba pracująca na etacie w małym mieście.
To, że ktoś przeżył relację lub terapię, nie czyni go ekspertem od relacji międzyludzkich w ogóle. Istnieje ogromna różnica między posiadaniem doświadczenia a umiejętnością jego obiektywnej analizy i syntezy. Filmowcy, jak każdy z nas, są więźniami własnych narracji. Terapeuta pomaga nam zrozumieć naszą historię, ale nie daje nam automatycznie wglądu w mechanizmy społeczne czy psychologiczne rządzące ogółem populacji.
W branży filmowej rzadko zatrudnia się konsultantów psychologicznych do spraw "zwykłego życia". Zakłada się, że skoro scenarzysta jest człowiekiem, to wie, jak ludzie się zachowują. To błąd poznawczy. Bez rzetelnej wiedzy z zakresu socjologii czy psychologii, twórcy często nieświadomie powielają błędy, które sami popełniają w życiu, lub projektują na ekran swoje nieprzepracowane traumy, uznając je za normę.
To chyba najważniejszy powód, dla którego kino rzadko przypomina rzeczywistość: prawdziwe życie jest dla filmu po prostu nudne. W rzeczywistości konflikty rozwiązuje się poprzez spokojne rozmowy (lub ich brak przez lata), terapia trwa dekadami, a przełomy emocjonalne są subtelne i powolne.
Film potrzebuje "bitów", punktów zwrotnych i eskalacji. Gdyby filmowiec chciał pokazać relację taką, jaką ona jest naprawdę, widzowie mogliby wyjść z kina po 20 minutach. Dlatego twórcy, nawet jeśli wiedzą, jak wygląda rzeczywistość, świadomie ją "podkręcają". Problem pojawia się wtedy, gdy to podkręcanie staje się karykaturą, a twórcy tracą kontakt z emocjonalną prawdą, wierząc, że ich filmowa wizja jest tą jedyną słuszną.
W psychologii istnieje termin "realizm naiwny". To przekonanie, że widzimy świat obiektywnie, dokładnie takim, jaki jest, a inni ludzie, którzy widzą go inaczej, muszą być niedoinformowani, irracjonalni lub uprzedzeni. Filmowcy często padają ofiarą tego mechanizmu – są przekonani, że ich wizja miłości czy cierpienia jest uniwersalna, bo przecież sami jej doświadczyli.
Branża filmowa to przede wszystkim biznes. Nawet jeśli reżyser po trzech rozwodach chciałby nakręcić surowy, bolesny film o rozpadzie więzi, studio może wymusić na nim uproszczenia, by film był "strawny" dla masowego odbiorcy. Klisze i tropy filmowe są bezpieczne – wiemy, jak na nie reagować.
Często dochodzi do sytuacji, w której twórcy tworzą filmy nie o życiu, ale o... innych filmach. Inspirują się dziełami, które widzieli w młodości, powielając schematy wymyślone 40 lat temu przez ludzi, którzy również żyli w swojej bańce. W ten sposób powstaje zamknięty obieg informacji, w którym "prawdziwe życie" jest tylko odległym echem, a nie głównym punktem odniesienia.
W pytaniu pojawia się słuszna uwaga: filmowcy nie ingerują w prywatne sprawy innych, więc skąd mają wiedzieć, jak one wyglądają? I tu leży pies pogrzebany. Skoro nie znają realiów innych osób, a opierają się tylko na własnym, często specyficznym doświadczeniu, ich twórczość staje się zbiorem subiektywnych odczuć, a nie rzetelnym obrazem świata.
Bez aktywnego wysiłku, by zrozumieć inne grupy społeczne, inne modele relacji czy inne warunki bytowe, twórca zawsze będzie skazany na odtwarzanie własnego "podwórka". A jeśli to podwórko jest luksusowym apartamentem w Los Angeles czy Warszawie, to obraz świata, jaki wyłania się z ich filmów, będzie dla większości ludzi po prostu niezrozumiały lub niewiarygodny.