Gość (37.30.*.*)
Oglądając popołudniowe paradokumenty czy popularne seriale obyczajowe, często można odnieść wrażenie déja vu. Twarz pana, który wczoraj był surowym sędzią, dziś pojawia się w roli zdradzanego męża, a jutro pewnie zobaczymy go jako przypadkowego przechodnia udzielającego wywiadu w „Ukrytej prawdzie”. To zjawisko jest na tyle powszechne, że doczekało się nawet licznych memów. Czy to oznacza, że w Polsce brakuje chętnych do grania? Wręcz przeciwnie – chętnych są tysiące. Przyczyny tego stanu rzeczy są jednak znacznie bardziej pragmatyczne i zakorzenione w logice produkcji telewizyjnej.
Produkcja seriali, zwłaszcza paradokumentów, odbywa się w morderczym tempie. Odcinki powstają taśmowo, a budżety często nie pozwalają na wielodniowe próby czy długie poszukiwania idealnej obsady. W takim środowisku reżyserzy i kierownicy planu stawiają przede wszystkim na sprawdzonych ludzi.
Osoba, która była już na planie kilka razy, wie, jak się zachować. Zna podstawowe pojęcia, wie, gdzie nie stawać, żeby nie zasłaniać światła, i nie wpada w panikę, gdy widzi skierowany na siebie obiektyw kamery. Dla produkcji taki „sprawdzony amator” jest na wagę złota, ponieważ minimalizuje ryzyko opóźnień. Nowicjusz może być utalentowany, ale jeśli ze stresu zapomni tekstu lub zesztywnieje przed kamerą, generuje koszty, na które nikt nie chce sobie pozwolić.
Większość osób pojawiających się w rolach epizodycznych trafia tam za pośrednictwem agencji statystów i epizodystów. Firmy te posiadają ogromne bazy danych, ale wewnątrz nich istnieją nieoficjalne rankingi. Osoby, które są dyspozycyjne, punktualne i „plastyczne” (czyli potrafią wiarygodnie zagrać różne emocje), dostają najwięcej propozycji.
Często zdarza się, że castingowiec, szukając kogoś do roli „porywczego sąsiada”, od razu dzwoni do pana Marka, który grał już podobne role pięć razy i zawsze dowoził efekt. To najprostsza droga dla osoby odpowiedzialnej za obsadę. W efekcie tworzy się grupa tak zwanych „zawodowych amatorów”, którzy z grania w epizodach uczynili sobie stałe źródło dochodu lub bardzo regularne hobby.
Odpowiedź brzmi: absolutnie nie. Na każdy casting do popularnego serialu zgłaszają się setki, a czasem tysiące osób. Problem nie leży w braku chętnych, ale w specyficznych wymaganiach produkcji.
Zarobki amatorów w serialach są bardzo zróżnicowane. Zwykły statysta, który jedynie stoi w tle, może liczyć na kwoty rzędu 100–150 zł za dzień zdjęciowy. Jednak postać z tekstem, czyli epizodysta, zarabia już znacznie więcej – od 300 zł do nawet 1000 zł za dzień, w zależności od wielkości roli i budżetu produkcji. Dla wielu osób jest to więc bardzo atrakcyjne zajęcie dorywcze.
Z punktu widzenia widza, oglądanie tej samej osoby w pięciu różnych rolach w ciągu miesiąca może psuć imersję i wiarygodność opowiadanej historii. Producenci są tego świadomi, dlatego teoretycznie istnieją okresy karencji – np. osoba, która zagrała główną rolę w jednym odcinku „Trudnych spraw”, nie powinna pojawiać się w innej produkcji tego samego typu przez kilka miesięcy.
W praktyce jednak, przy tak ogromnej liczbie produkowanych treści, te zasady są często naciągane. Jeśli ktoś ma charakterystyczną twarz, ale potrafi zmienić fryzurę, założyć okulary lub zapuścić zarost, castingowcy liczą na to, że widz nie zauważy powtarzalności. Jak widać po popularności tego tematu w sieci – widzowie są jednak bardzo spostrzegawczy.
To, co widzimy na ekranie, to wynik kompromisu między jakością a szybkością i kosztami produkcji. Powtarzające się twarze to nie efekt braku talentów w narodzie, lecz dowód na to, że w branży telewizyjnej niezawodność i doświadczenie na planie są często cenniejsze niż nowa, nieodkryta jeszcze twarz, która mogłaby zestresować się przed kamerą.