Gość (37.30.*.*)
W świecie prawniczym często dochodzi do zderzenia dwóch różnych filozofii. Z jednej strony mamy RODO, czyli unijne rozporządzenie o ochronie danych osobowych, które kojarzy się z ogromnym rygorem, sztywnymi procedurami i wysokimi karami. Z drugiej strony polski Kodeks cywilny oferuje nam art. 5, czyli słynną klauzulę zasad współżycia społecznego. To swoisty „wentyl bezpieczeństwa”, który mówi, że nie można czynić ze swego prawa użytku, który byłby sprzeczny z jego społeczno-gospodarczym przeznaczeniem lub zasadami współżycia społecznego. Jak zatem pogodzić te dwa, wydawać by się mogło, odmienne porządki?
Art. 5 KC to jedna z najważniejszych klauzul generalnych w polskim prawie. Jej zadaniem jest ochrona przed sytuacjami, w których ktoś postępuje zgodnie z literą prawa, ale w sposób rażąco niesprawiedliwy lub krzywdzący dla innych. To narzędzie, które pozwala sędziemu powiedzieć: „Masz rację według przepisów, ale Twoje zachowanie jest nieetyczne, więc nie udzielę Ci ochrony”.
W kontekście sporów cywilnych art. 5 jest używany jako tarcza. Przykładowo, jeśli ktoś domaga się eksmisji starszej, schorowanej osoby w środku zimy, mimo że formalnie ma do tego prawo, sąd może uznać to za nadużycie prawa podmiotowego właśnie na podstawie tego artykułu.
RODO z założenia jest technokratyczne. Skupia się na bezpieczeństwie procesów, minimalizacji danych i transparentności. Wydaje się, że nie ma tu miejsca na „etyczne rozważania”, bo liczy się to, czy zgoda została wyrażona, czy obowiązek informacyjny został spełniony i czy dane są odpowiednio zabezpieczone.
Jednak w rzeczywistości te dwa systemy muszą ze sobą współpracować. Prawo nie funkcjonuje w próżni. Coraz częściej obserwujemy sytuacje, w których roszczenia oparte na RODO (np. żądanie usunięcia danych lub dostęp do nich) są wykorzystywane jako narzędzie szantażu lub element walki w sporach sąsiedzkich czy biznesowych. W takich momentach art. 5 KC może stać się kluczowym argumentem.
To pytanie, które coraz częściej zadają sobie prawnicy. Czy osoba, która zasypuje firmę setkami wniosków o dostęp do danych tylko po to, by sparaliżować jej pracę, działa w granicach prawa? Formalnie RODO daje prawo do informacji, ale jeśli celem nie jest ochrona prywatności, a jedynie dokuczenie administratorowi, mamy do czynienia z klasycznym nadużyciem prawa.
Choć RODO jest prawem unijnym, a Kodeks cywilny krajowym, polskie sądy stoją na stanowisku, że zasady współżycia społecznego mogą być stosowane do oceny sposobu wykonywania praw podmiotowych, także tych wynikających z przepisów o ochronie danych. Oznacza to, że rygorystyczne podejście do RODO nie zwalnia z obowiązku bycia „przyzwoitym” w obrocie prawnym.
Aby skutecznie pogodzić te dwa podejścia, warto kierować się zasadą proporcjonalności. Rygor RODO jest niezbędny, by chronić naszą prywatność w cyfrowym świecie, ale nie może on służyć jako broń do niszczenia innych.
W praktyce biznesowej i prawnej oznacza to, że:
Warto wiedzieć, że samo RODO zawiera mechanizmy podobne do art. 5 KC. Artykuł 12 ust. 5 RODO pozwala administratorowi pobrać opłatę lub odmówić podjęcia działań, jeśli żądania osoby, której dane dotyczą, są „ewidentnie nieuzasadnione lub nadmierne, w szczególności ze względu na swój powtarzalny charakter”. To dowód na to, że nawet unijny ustawodawca przewidział, iż rygorystyczne prawo może być nadużywane i stworzył furtkę dla zdrowego rozsądku.
Podsumowując, pogodzenie rygoru RODO z elastycznością Kodeksu cywilnego wymaga wyczucia i doświadczenia. RODO wyznacza granice techniczne i administracyjne, natomiast art. 5 KC pilnuje, aby te granice były wykorzystywane w sposób uczciwy. W państwie prawa te dwa systemy nie wykluczają się, lecz wzajemnie uzupełniają, tworząc bardziej sprawiedliwy system ochrony obywatela.