Gość (37.30.*.*)
Wokaliza to jeden z najbardziej fascynujących elementów muzyki. To moment, w którym głos ludzki przestaje być nośnikiem tekstu, a staje się instrumentem samym w sobie. Choć kojarzy nam się głównie z operą i ćwiczeniami techniki śpiewu, w wielu kulturach stała się symbolem tożsamości narodowej. Jeśli zastanawiasz się, jakie dźwięki najlepiej oddają ducha Francji, Hiszpanii czy Meksyku, przygotuj się na podróż przez eteryczne melodie, pełne bólu okrzyki i radosne zawołania, które zna cały świat.
Francja kojarzy się z elegancją i subtelnością, a jej najsłynniejsza wokaliza idealnie wpisuje się w ten obraz. Mowa o „Concerto pour une voix” (Koncert na jeden głos) skomponowanym przez Saint-Preux w 1969 roku. To utwór, w którym nie pada ani jedno słowo, a cała linia melodyczna opiera się na czystej wokalizie.
Oryginalne wykonanie Danielle Licari stało się światowym fenomenem. Jej głos, szybujący nad neobarokową aranżacją, stał się synonimem francuskiego szyku i melancholii. Utwór ten jest tak popularny, że doczekał się dziesiątek coverów, a jego fragmenty często pojawiają się w filmach i reklamach. Co ciekawe, kompozytor napisał go podczas pobytu w Polsce, inspirując się muzyką barokową, co nadaje mu uniwersalnego, europejskiego charakteru.
Warto też wspomnieć o wokalizach z filmu „Pan od muzyki” (Les Choristes), które na nowo rozbudziły we Francji miłość do śpiewu chóralnego bez słów, pokazując, że czysty głos potrafi wzruszyć bardziej niż najbardziej poetycki tekst.
W Hiszpanii wokaliza nie jest tylko ozdobnikiem – to serce kultury. Najbardziej rozpoznawalnym elementem hiszpańskiej muzyki jest „Quejío”, czyli charakterystyczny, pełen emocji okrzyk lub lament, który otwiera pieśni flamenco (Cante Jondo).
To nie jest zwykłe „śpiewanie na samogłoskach”. „Quejío” to seria dźwięków „Ay, ay, ay!”, które wykonawca wyrzuca z siebie z ogromną siłą, często na granicy płaczu. Ma to na celu nie tylko rozgrzanie głosu, ale przede wszystkim wprowadzenie słuchacza w stan „duende” – mistycznego uniesienia i głębokiego smutku. Choć technicznie jest to wokaliza, dla Hiszpanów to krzyk duszy, który od wieków rozbrzmiewa w jaskiniach Andaluzji. Jeśli słyszysz długie, wibrujące „Ay!” na tle gitary klasycznej, wiesz już, że jesteś w samym sercu hiszpańskiej tradycji.
W hiszpańskim flamenco sylaba „Ay” jest uważana za najbardziej plastyczną. Pozwala śpiewakowi na modulację głosu, mikrotonowe przejścia i pokazanie pełnej skali emocji – od rozpaczy po euforię.
Meksyk ma dwie wokalizy, które walczą o miano tej najsłynniejszej. Pierwsza z nich to oczywiście refren nieoficjalnego hymnu tego kraju – „Cielito Lindo”. Choć piosenka ma tekst, to właśnie wokaliza „Ay, ay, ay, ay, canta y no llores” (Śpiewaj i nie płacz) jest rozpoznawalna pod każdą szerokością geograficzną. Stała się ona symbolem meksykańskiego optymizmu i wspólnotowości, śpiewanym na stadionach, festynach i podczas rodzinnych spotkań.
Jednak prawdziwie unikalną formą wokalizacji w Meksyku jest „Grito Mexicano”. To ten charakterystyczny, wysoki, gardłowy okrzyk, który słyszymy w muzyce Mariachi. To nie jest przypadkowy pisk – Grito ma swoje zasady, musi być pełne energii i radości. To wyraz „orgullo” (dumy) i radości życia. Dla obcokrajowca może brzmieć jak okrzyk bojowy, ale dla Meksykanina to dźwięk oznaczający fiestę i celebrację chwili.
Choć Francja stawia na delikatność, Hiszpania na ból, a Meksyk na radość, wszystkie te wokalizy łączy jedno: uniwersalność. Brak słów sprawia, że bariera językowa znika. Kiedy Danielle Licari śpiewa swój koncert, kiedy śpiewak flamenco wyrzuca z siebie „Ay!”, czy kiedy Mariachi wydaje radosne „Grito”, każdy z nas rozumie emocję, która za tym stoi.
Wokaliza to dowód na to, że głos jest najpotężniejszym instrumentem, jaki posiadamy. Nie potrzebuje skomplikowanych metafor, by opowiedzieć historię o miłości, stracie czy szczęściu. Następnym razem, gdy usłyszysz te charakterystyczne dźwięki, spróbuj wsłuchać się w to, co mówią bez użycia ani jednego słowa.