Gość (83.4.*.*)
Zjawisko zalewania platform wideo, takich jak YouTube czy TikTok, materiałami o Carlu Gustavie Jungu wygenerowanymi w całości przez sztuczną inteligencję, stało się w ostatnim czasie plagą. Widzowie, szukając głębokiej wiedzy o archetypach, cieniu czy synchroniczności, trafiają na kilkudziesięciominutowe monstra, które zamiast edukować, budzą irytację lub niepokój. Przyczyn tego stanu rzeczy jest kilka – od czysto technicznych ograniczeń dzisiejszej AI, po cyniczne strategie twórców nastawionych na szybki zysk z reklam.
Głównym powodem, dla którego te filmy trwają tak długo, jest mechanizm monetyzacji. Algorytmy platform wideo faworyzują materiały, które zatrzymują widza na dłużej, a filmy przekraczające pewien próg czasowy pozwalają na umieszczenie w nich większej liczby reklam. Twórcy tzw. "content farm" (fabryk treści) używają AI do masowego produkowania skryptów. Ponieważ wygenerowanie tekstu przez model językowy (taki jak GPT-4) kosztuje grosze, nic nie stoi na przeszkodzie, by stworzyć skrypt na 40 minut, nawet jeśli merytorycznie mógłby on zostać streszczony w trzech zdaniach.
Problem polega na tym, że AI ma tendencję do "lania wody". Modele językowe są trenowane tak, by brzmieć przekonująco, co często skutkuje generowaniem nieskończonych pętli synonimów i powtarzaniem tych samych tez w nieco zmienionej formie. Dla widza jest to nużące, ponieważ brakuje tam "mięsa" – konkretnych przykładów, unikalnych spostrzeżeń czy ludzkiej pasji, która sprawia, że trudne tematy psychologiczne stają się zrozumiałe.
Specyficzna oprawa graficzna tych filmów to efekt uboczny korzystania z generatorów obrazu i wideo, takich jak Midjourney czy Runway. Choć technologia ta robi wrażenie, wciąż ma problem z zachowaniem spójności. W filmach o Jungu często widzimy surrealistyczne, mroczne krajobrazy, postacie o zmiennych rysach twarzy czy dziwne, "płynące" tekstury.
Ta estetyka, choć początkowo może wydawać się dopasowana do onirycznego (snu podobnego) charakteru psychologii analitycznej, szybko staje się męcząca. Ludzki mózg jest ewolucyjnie wyczulony na nienaturalność – zjawisko to nazywamy "doliną niesamowitości" (uncanny valley). Gdy widzimy coś, co udaje rzeczywistość lub sztukę, ale posiada subtelne błędy (np. sześć palców u dłoni Junga na wygenerowanym portrecie), podświadomie odczuwamy dyskomfort i chcemy wyłączyć nagranie.
Największym problemem jest jednak rzetelność informacji. Sztuczna inteligencja nie "rozumie" Junga – ona jedynie przewiduje kolejny statystycznie prawdopodobny wyraz w zdaniu. Jung pisał językiem gęstym, pełnym metafor, odniesień do alchemii, gnozy i religii Wschodu. AI często miesza te pojęcia z popularnym nurtem New Age, pseudonauką, a nawet teoriami spiskowymi.
W takich filmach można usłyszeć o "archetypach", które Jung nigdy nie opisał, albo o metodach pracy z cieniem, które są wręcz niebezpieczne lub sprzeczne z jego naukami. Osoby, które mają choćby podstawową wiedzę o psychologii, błyskawicznie wyczuwają, że tekst jest "pusty". Informacje są dziwne, ponieważ AI często "halucynuje" – zmyśla fakty, daty lub cytaty, łącząc je w sposób, który brzmi mądrze, ale nie ma żadnego zakotwiczenia w literaturze źródłowej.
Co ciekawe, sam Carl Gustav Jung prawdopodobnie byłby zafascynowany (i przerażony) sztuczną inteligencją. W swojej koncepcji "nieświadomości zbiorowej" zakładał istnienie wspólnego dla wszystkich ludzi magazynu obrazów i symboli. Można zaryzykować stwierdzenie, że modele AI są w pewnym sensie cyfrową realizacją tej idei – zostały wytrenowane na ogromnych zbiorach ludzkiej twórczości, wyciągając z niej statystyczne średnie naszych lęków, marzeń i symboli. Niestety, bez ludzkiego ducha i krytycznego myślenia, ta "cyfrowa nieświadomość" produkuje jedynie pozbawione sensu wydmuszki.
Nasza intuicja działa szybciej niż analiza logiczna. Już po kilku sekundach słuchania monotonnego, syntetycznego głosu lektora AI (który często błędnie akcentuje trudniejsze wyrazy) oraz patrzenia na statyczne, lekko "pływające" obrazy, nasz mózg otrzymuje sygnał: "to nie jest autentyczne".
Brak wiarygodności materiału wynika z braku odpowiedzialności za słowo. Za prawdziwym wykładem czy dokumentem stoi autor, badacz lub pasjonat, który firmuje treść swoim nazwiskiem. W przypadku produkcji AI mamy do czynienia z anonimowym produktem stworzonym dla kliknięć. Widz podświadomie czuje, że nie obcuje z wiedzą, lecz z produktem przemysłowym, co budzi naturalny opór i chęć ucieczki do źródeł, które mają "duszę" i rzetelną podstawę naukową.