Gość (37.30.*.*)
Wyobraźmy sobie ewolucyjny skok, który zmienia zasady gry w przetrwaniu gatunku ludzkiego. Gdybyśmy nagle zyskali zestaw cech obejmujący zmodyfikowany metabolizm, odporność na toksyny oraz „podrasowany” układ krwionośny, nasze codzienne życie, dieta, a nawet sport wyglądałyby zupełnie inaczej. Taka wizja biologicznego „upgrade’u” otwiera fascynujące możliwości, ale niesie też ze sobą konkretne wyzwania fizjologiczne.
Zacznijmy od układu pokarmowego. Gdyby nasz organizm przyswajał o dwie kalorie mniej z każdego grama tłuszczów i cukrów, walka z nadwagą praktycznie przestałaby istnieć. W przypadku cukrów, które mają standardowo 4 kcal/g, spadek do 2 kcal oznacza, że moglibyśmy jeść dwa razy więcej słodyczy przy tym samym bilansie energetycznym. W przypadku tłuszczów (spadek z 9 do 7 kcal/g) redukcja byłaby mniej drastyczna procentowo, ale wciąż znacząca.
Prawdziwym przełomem byłaby jednak zdolność trawienia substancji obecnie uznawanych za niejadalne lub toksyczne:
Dodatkowa aorta i żyła łącząca serce bezpośrednio z mózgiem to koncepcja, która mogłaby z nas uczynić istoty o niespotykanej wydajności intelektualnej. Mózg, mimo że stanowi tylko 2% masy ciała, zużywa aż 20% energii organizmu. Dodatkowe naczynia krwionośne zapewniłyby:
Zwiększenie liczby czerwonych krwinek (erytrocytów) o 10% to w świecie sportu wynik zbliżony do efektów profesjonalnego dopingu krwią lub długotrwałego treningu wysokogórskiego. Czerwone krwinki odpowiadają za transport tlenu do mięśni. Więcej erytrocytów to wyższy pułap tlenowy (VO2 max).
Dodając do tego płuca większe o 1–2%, otrzymujemy organizm, który niemal nie zna zadyszki. Choć wzrost objętości płuc wydaje się niewielki, w połączeniu z lepszą krwią i dodatkowym ukrwieniem mózgu, przeciętny człowiek mógłby biegać na długie dystanse bez takiego zmęczenia, jakie znamy dzisiaj. Wchodzenie po schodach na dziesiąte piętro byłoby tak naturalne, jak spacer po płaskim terenie.
Warto zauważyć, że zwiększenie liczby czerwonych krwinek o 10% przy zachowaniu tej samej objętości osocza sprawiłoby, że krew stałaby się bardziej lepka. Serce musiałoby pompować „gęstszą” ciecz, co mogłoby prowadzić do nadciśnienia. Jednak nasza hipotetyczna dodatkowa aorta mogłaby służyć właśnie jako zawór bezpieczeństwa, rozładowujący to ciśnienie i ułatwiający krążenie.
Gdyby te zmiany stały się faktem, ludzkość przeszłaby transformację kulturową. Głód w wielu regionach świata mógłby zostać wyeliminowany dzięki możliwości jedzenia żołędzi i produktów woskowych. Architektura miast mogłaby zrezygnować z części wind, stawiając na ruch pieszy.
Z drugiej strony, mniejsza kaloryczność cukrów i tłuszczów mogłaby paradoksalnie doprowadzić do... jeszcze większego obżarstwa. Skoro jedzenie „mniej tuczy”, psychologiczna bariera przed sięgnięciem po kolejną porcję mogłaby zniknąć. Nasz organizm stałby się maszyną o ogromnej mocy przerobowej, wymagającą jednak stałego dostarczania różnorodnego „paliwa”, by utrzymać pracę powiększonego układu oddechowego i zdublowanego krążenia mózgowego.