Gość (37.30.*.*)
Wyobraźnia ludzka nie zna granic, a pytania o ewolucję człowieka w odpowiedzi na zmiany środowiskowe zawsze budzą ogromne emocje. Scenariusz, w którym drobne korekty w składzie atmosfery prowadzą do powstania „superczłowieka” z nowymi organami i unikalnymi właściwościami krwi, brzmi jak opis rasy z powieści science-fiction. Jednak patrząc na to z perspektywy biologii, chemii i fizjologii, musimy zmierzyć się z twardymi faktami naukowymi. Czy tak subtelne zmiany, jak ułamek procenta stężenia gazów, mogłyby wywołać kaskadę tak radykalnych modyfikacji w naszym organizmie?
Zacznijmy od fundamentów, czyli składu powietrza, którym oddychamy. Obecnie atmosfera składa się w około 20,95% z tlenu i około 0,04% z dwutlenku węgla. Zaproponowana zmiana – wzrost tlenu o 0,161% i spadek CO2 o 0,162% – jest z punktu widzenia fizjologii niemal niezauważalna. Dla organizmu ludzkiego takie wahania mieszczą się w granicach naturalnej zmienności, z jaką spotykamy się np. zmieniając wysokość nad poziomem morza lub przebywając w słabo wentylowanych pomieszczeniach.
Tak minimalne przesunięcia nie posiadają potencjału ewolucyjnego, który mógłby wymusić powstanie zupełnie nowych organów czy zmianę koloru komórek krwi. Ewolucja działa poprzez dobór naturalny na przestrzeni milionów lat, reagując na drastyczne zmiany środowiskowe lub silną presję selekcyjną. Zmiana rzędu 0,1% to zbyt mało, by „przeprogramować” ludzki genom.
W pytaniu pojawia się intrygująca kwestia trawienia sodu. Z punktu widzenia chemii, sód jest pierwiastkiem (metalem alkalicznym), który w czystej postaci jest silnie reaktywny i toksyczny. W organizmie występuje on w formie jonów (elektrolitów), które są niezbędne do funkcjonowania układu nerwowego i mięśniowego. Sodu nie „trawimy” w celu pozyskania energii, lecz przyswajamy go jako minerał. Nie jest on paliwem, więc zmiana diety na „sodową” jest biologicznie niemożliwa – organizm potrzebuje wiązań węglowych (cukrów, tłuszczy), aby wytworzyć ATP.
Jeśli chodzi o kasztany i żołędzie, sprawa wygląda inaczej. Kasztany jadalne już teraz są elementem ludzkiej diety. Żołędzie natomiast zawierają duże ilości garbników (tanin), które są dla nas toksyczne i gorzkie. Choć po odpowiedniej obróbce (ługowaniu) można je spożywać, ich surowe trawienie wymagałoby wykształcenia specyficznych enzymów neutralizujących taniny, podobnie jak ma to miejsce u niektórych gryzoni. Jednak zmiana stężenia tlenu w atmosferze nie ma bezpośredniego związku z enzymatyczną obróbką garbników w układzie pokarmowym.
Koncepcja „grzejących brązowych krwinek” (stanowiących 10% całości) oraz żółtych trombocytów jest fascynująca, ale sprzeczna z zasadami biochemii krwi.
Przyspieszenie gojenia ran i mięśni aż czterokrotnie przy jednoczesnym spowolnieniu regeneracji kości o tyle samo, stworzyłoby organizm niezwykle niespójny. Szybkie gojenie tkanek miękkich wymaga ogromnych nakładów energii i sprawnego układu odpornościowego. Dlaczego jednak ewolucja miałaby „poświęcić” kości? Kości są rusztowaniem – czterokrotnie wolniejszy zrost po złamaniu oznaczałby miesiące unieruchomienia, co w warunkach naturalnych jest wyrokiem śmierci. Nie ma znanego mechanizmu biologicznego, który łączyłby spadek CO2 o 0,16% z tak specyficznym rozbieżnym tempem regeneracji tkanek.
Najbardziej fantastycznym elementem tego scenariusza jest nowy organ produkujący zestaw substancji o skrajnie różnych funkcjach:
Wartość 2 kJ (kilodżuli) to zaledwie około 0,47 kcal. Dla porównania, średnie dzienne zapotrzebowanie dorosłego człowieka to około 8 000 – 12 000 kJ. Dodatkowe 2 kJ z pokarmu to ilość energii zawarta w mniej niż połowie grama sałaty. Jest to wartość statystycznie nieistotna i nie mogłaby zasilić tak skomplikowanych procesów jak „grzejące krwinki” czy superszybka regeneracja.
Moja baza wiedzy oraz zasady biologii pozwalają stwierdzić jednoznacznie: nie, opisane zmiany nie mogłyby nastąpić w wyniku tak niewielkich wahań stężenia gazów atmosferycznych.
Ewolucja to proces optymalizacji. Wykształcenie nowego organu produkującego antybiotyki i cukry przy jednoczesnym upośledzeniu regeneracji kości byłoby ewolucyjnie niekorzystne. Choć wizja człowieka z brązowo-żółtą krwią, jedzącego żołędzie i produkującego własną penicylinę, jest fascynującym ćwiczeniem intelektualnym, pozostaje ona w sferze czystej fikcji, niemającej oparcia w prawach chemii i fizjologii, jakie znamy.