Gość (83.4.*.*)
Paradokumenty, czyli popularne „docu-soaps”, od lat królują w ramówkach największych polskich stacji komercyjnych i publicznych. Choć dla wielu są jedynie niezobowiązującą rozrywką do obiadu, w świecie medioznawstwa i socjologii budzą gorące dyskusje. Postulat, by uczyć widzów krytycznego myślenia wobec tych formatów, wydaje się na pierwszy rzut oka słuszny. Dlaczego więc jest on tak mocno krytykowany? Problem tkwi w tym, że skupienie się wyłącznie na edukacji odbiorcy pomija odpowiedzialność nadawców i systemowe przyczyny obecnego stanu mediów.
Krytycy tezy o rozwijaniu krytycznego myślenia często posługują się metaforą medyczną. Twierdzą oni, że uczenie ludzi, jak rozpoznawać fałsz i manipulację w paradokumentach, to jedynie „podawanie środka przeciwbólowego na złamaną nogę”. Objawem jest tutaj naiwność widza lub jego podatność na niskiej jakości treści, ale prawdziwą chorobą jest degradacja oferty programowej telewizji koncesyjnych.
Telewizje, które działają na podstawie koncesji, mają określone obowiązki ustawowe. Powinny one dostarczać rzetelnych informacji, edukować i dbać o jakość debaty publicznej. Tymczasem wypełnianie czasu antenowego tanimi w produkcji, sensacyjnymi i często zniekształcającymi obraz rzeczywistości paradokumentami jest zaprzeczeniem tej misji. Skupienie się na „krytycznym myśleniu” widza przesuwa odpowiedzialność z potężnych korporacji medialnych na jednostkę. To tak, jakbyśmy zamiast walczyć z zanieczyszczeniem rzek, uczyli ludzi, jak samodzielnie filtrować skażoną wodę w domu.
Kolejnym ważnym argumentem jest ryzyko powstania tzw. próżni informacyjnej. Jeśli nauczymy społeczeństwo totalnej nieufności wobec tego, co widzą w telewizji, nie dając im nic w zamian, stworzymy przestrzeń, którą łatwo wypełnią jeszcze groźniejsze treści.
Paradokumenty, mimo swojej jarmarcznej formy, często poruszają ważne tematy społeczne: przemoc domową, problemy z prawem czy konflikty rodzinne. Choć robią to w sposób uproszczony i przerysowany, dla wielu grup odbiorców są jedynym źródłem „wiedzy” o funkcjonowaniu instytucji państwowych czy normach społecznych. Jeśli po prostu zdezawuujemy te programy jako „kłamliwe” i „głupie”, a w ich miejsce nie pojawią się rzetelne reportaże czy programy edukacyjne o wysokiej oglądalności, widz zostanie z niczym. W tę pustkę mogą wejść teorie spiskowe lub fake newsy z mediów społecznościowych, które są jeszcze trudniejsze do zweryfikowania.
Zgodnie z polskim prawem, nadawcy telewizyjni powinni dbać o to, by ich programy sprzyjały edukacji i rozwojowi kultury. Problem polega na tym, że paradokumenty są „wilkiem w owczej skórze”. Udają rzeczywistość (często poprzez napisy „historia oparta na faktach” lub amatorską grę aktorską), co sprawia, że bariera między fikcją a prawdą zaciera się.
Krytyka podejścia opartego wyłącznie na krytycznym myśleniu wynika z przekonania, że:
Zjawisko to nie dotyczy tylko Polski. Formaty typu scripted reality narodziły się w Niemczech pod koniec lat 90. (np. „Richter Alexander Hold”). Ich sukces wynikał z ogromnej redukcji kosztów – nie trzeba zatrudniać profesjonalnych aktorów, budować drogich scenografii ani pisać skomplikowanych scenariuszy. W Polsce boom zaczął się około 2010 roku i od tego czasu te formaty są „dojnymi krowami” dla stacji komercyjnych, generując ogromne zyski z reklam przy minimalnych nakładach.
Krytyka skupiania się wyłącznie na krytycznym myśleniu nie oznacza, że nie należy go rozwijać. Wręcz przeciwnie – jest ono niezbędne. Jednak eksperci podkreślają, że nie może być ono jedynym narzędziem. Rozwiązaniem powinno być połączenie edukacji odbiorców z surowszym egzekwowaniem obowiązków koncesyjnych przez organy regulacyjne (takie jak KRRiT).
Zamiast pozwalać na „zwalczanie objawów”, należałoby wymusić na nadawcach większy udział wysokojakościowych treści dokumentalnych i edukacyjnych w godzinach największej oglądalności. Tylko wtedy unikniemy próżni informacyjnej i realnie wpłyniemy na poziom debaty publicznej, zamiast zostawiać widza samemu sobie w gąszczu wyreżyserowanych skandali.
Warto pamiętać, że media kształtują naszą rzeczywistość nawet wtedy, gdy wydaje nam się, że tylko „wyłączamy mózg” po pracy. Dlatego debata o paradokumentach to w istocie debata o tym, jakiego społeczeństwa chcemy – świadomego i rzetelnie informowanego, czy jedynie sprawnie zarządzanego za pomocą emocji.