Gość (37.30.*.*)
Wybierasz się do teatru na klasykę, powiedzmy „Dziady” czy „Hamleta”, a na scenie zamiast kontuszy widzisz dresy, zamiast zamku – rzeźnię, a połowa tekstu została zastąpiona monologiem o współczesnej polityce. Brzmi znajomo? To zjawisko, które wielu widzów irytuje, a innych zachwyca, nie wzięło się znikąd. Ma swoją nazwę, historię i konkretne przyczyny ideologiczne. Aby zrozumieć, dlaczego współcześni reżyserzy tak chętnie „poprawiają” mistrzów, musimy cofnąć się do momentu, w którym teatr przestał być tylko rzemiosłem odtwarzania tekstu, a stał się polem do manifestacji ego twórcy.
Kluczowym pojęciem jest tutaj Regietheater (teatr reżyserski), który narodził się i rozwinął głównie w kręgu kultury niemieckojęzycznej w drugiej połowie XX wieku. Przez stulecia rola reżysera (lub kogoś, kto pełnił tę funkcję) polegała na jak najwierniejszym oddaniu intencji autora dramatu. Reżyser był „służebny” wobec tekstu.
Wszystko zmieniło się wraz z nadejściem modernizmu i awangardy. Twórcy tacy jak Max Reinhardt, a później Bertolt Brecht, zaczęli traktować tekst jedynie jako jeden z wielu elementów spektaklu – na równi ze światłem, scenografią czy ruchem. Prawdziwy przełom nastąpił jednak w latach 60. i 70. XX wieku. To wtedy uznano, że reżyser jest pełnoprawnym autorem widowiska, a dramat to tylko „partytura”, którą można dowolnie interpretować, ciąć i zmieniać.
Dlaczego reżyserzy usuwają oryginalne sceny i dopisują własne? Często stoi za tym filozofia dekonstrukcji. Twórcy wychodzą z założenia, że klasyczne dzieła są tak mocno zakorzenione w naszej kulturze, że przestaliśmy je naprawdę słyszeć. Słowa „Być albo nie być” stały się memem, pustym frazesem.
Aby „odświeżyć” przekaz i zmusić widza do myślenia, reżyser celowo niszczy strukturę utworu. Szokowanie, wprowadzanie kontrowersyjnych wątków czy brutalizacja scen ma na celu wyrwanie odbiorcy ze strefy komfortu. Według tej szkoły, jeśli widz wyjdzie z teatru oburzony, to znaczy, że spektakl zadziałał – wywołał emocje, zmusił do dyskusji, nie pozwolił o sobie zapomnieć.
Termin „teatr postdramatyczny”, wprowadzony przez Hansa-Thiesa Lehmanna, opisuje zjawisko, w którym tekst przestaje być fundamentem przedstawienia. W takim teatrze ważniejsza od opowiedzenia historii jest atmosfera, obraz i fizyczna obecność aktora. To dlatego czasem na scenie dzieją się rzeczy kompletnie niezwiązane z fabułą książki, na podstawie której powstał spektakl.
W dobie internetu, mediów społecznościowych i wszechobecnych bodźców, teatr walczy o uwagę widza. Reżyserzy często czują presję, by ich dzieło było „o czymś ważnym tu i teraz”. Stąd bierze się dopisywanie wątków politycznych, społecznych czy ekologicznych do sztuk napisanych trzysta lat temu.
Istnieje też aspekt czysto psychologiczny i zawodowy. W świecie krytyki teatralnej „wierne wystawienie klasyki” bywa często kwitowane jako nudne, wtórne i pozbawione inwencji. Aby zdobyć nagrody na festiwalach i zostać zauważonym, reżyser musi zaproponować „radykalne odczytanie”. Niestety, czasem prowadzi to do sytuacji, w której forma przerasta treść, a szokowanie staje się celem samym w sobie, a nie środkiem do przekazania głębszej myśli.
Spór o granice wolności reżysera jest jednym z najgorętszych tematów w świecie kultury. Przeciwnicy „poprawiania” sztuk argumentują, że jeśli reżyser ma tak wiele do powiedzenia od siebie, powinien napisać własny tekst, zamiast „podpinać się” pod nazwisko Szekspira czy Mickiewicza. Z kolei zwolennicy twierdzą, że teatr, który nie dialoguje ze współczesnością, staje się martwym muzeum.
Warto zauważyć, że w Polsce mamy niezwykle silną tradycję teatru autorskiego. Twórcy tacy jak Konrad Swinarski, Jerzy Grotowski czy później Krzysztof Warlikowski i Jan Klata, budowali swój język właśnie na dialogu z klasyką, często bardzo bolesnym i kontrowersyjnym. To, co dla jednego widza jest „manią poprawiania”, dla innego jest fascynującym procesem szukania prawdy w starych tekstach na nowo.
Jeśli wybierasz się do teatru i obawiasz się, że inscenizacja będzie zbyt odbiegać od oryginału, warto przed zakupem biletu:
Teatr od zawsze był miejscem prowokacji. Choć dzisiejsza „mania poprawiania” może wydawać się nowym zjawiskiem, jest ona po prostu kolejnym etapem ewolucji sztuki, która nieustannie próbuje zdefiniować swoją rolę w zmieniającym się świecie.