Gość (37.30.*.*)
Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego w dokumentach unijnych marchewka nagle przestała być „tylko” warzywem? To nie jest żaden błąd urzędnika ani efekt nadmiaru biurokracji, choć na pierwszy rzut oka może to brzmieć jak scenariusz komedii. Cała sprawa ma drugie dno, które jest ściśle związane z handlem, tradycją kulinarną i... dżemem.
Kluczem do zagadki jest Dyrektywa Rady 2001/113/WE z dnia 20 grudnia 2001 r. odnosząca się do dżemów owocowych, galaretek i marmolady oraz słodzonego przecieru z kasztanów przeznaczonych do spożycia przez ludzi. Unia Europejska, chcąc ujednolicić standardy handlowe, musiała precyzyjnie określić, co może być nazywane „dżemem”.
Zgodnie z unijnymi przepisami, dżem to produkt wytwarzany z owoców. I tutaj pojawił się problem natury dyplomatyczno-kulinarnej. W Portugalii jednym z tradycyjnych przysmaków jest doce de cenoura, czyli dżem z marchewki. Gdyby Unia twardo trzymała się biologicznych definicji, Portugalczycy nie mogliby sprzedawać swojego narodowego przysmaku pod nazwą „dżem” na wspólnym rynku europejskim. Musieliby nazywać go „smarowidłem warzywnym” lub inną, mniej atrakcyjną marketingowo nazwą.
Aby uratować portugalski przysmak i umożliwić jego swobodny handel, unijni urzędnicy postanowili rozszerzyć definicję „owocu” na potrzeby wspomnianej dyrektywy. W załączniku do dokumentu zapisano, że za owoce uznaje się również:
Dzięki temu zabiegowi prawnemu, produkty wytwarzane z tych roślin mogą być legalnie etykietowane jako dżemy lub konfitury. Jest to klasyczny przykład tego, jak prawo musi czasem nagiąć rzeczywistość biologiczną, aby sprostać wymogom gospodarczym i chronić dziedzictwo kulturowe państw członkowskich.
Warto podkreślić, że ta klasyfikacja obowiązuje wyłącznie w kontekście produkcji dżemów i przetworów. Na lekcji biologii marchew nadal pozostaje warzywem korzeniowym, a w warzywniaku nikt nie będzie jej szukał obok jabłek czy bananów. Unia Europejska nie zmieniła natury rośliny, a jedynie jej status prawny w konkretnym sektorze handlu.
Historia z marchewką nie jest jedynym przykładem „kreatywnej” klasyfikacji w Unii Europejskiej. Podobna sytuacja dotyczyła ślimaków winniczków. We Francji ślimaki są uznawane za przysmak narodowy, a ich hodowla jest ważną gałęzią rolnictwa. Aby hodowcy ślimaków mogli korzystać z unijnych dotacji przeznaczonych dla rybołówstwa i akwakultury, ślimak lądowy został w pewnych kontekstach prawnych uznany za... rybę słodkowodną.
Z kolei w 2011 roku głośno było o tym, że według UE woda nie nawadnia organizmu. Chodziło o zakaz umieszczania na butelkach wody mineralnej oświadczenia zdrowotnego mówiącego, że regularne picie wody zapobiega odwodnieniu. Urzędnicy uznali, że nie ma wystarczających dowodów naukowych na to, by samo picie wody było jedynym czynnikiem zapobiegającym odwodnieniu (które jest stanem chorobowym).
W świecie nauki i kuchni granice między owocem a warzywem są często płynne:
Unia Europejska, klasyfikując marchew jako owoc, paradoksalnie zbliżyła się do definicji kulinarnej (skoro robi się z niej słodki dżem), ignorując jednocześnie definicję botaniczną. Wszystko po to, by europejski handel mógł toczyć się bez zbędnych przeszkód.