Gość (37.30.*.*)
Lata 90. w Polsce to okres, który do dziś budzi skrajne emocje – od nostalgii za czasem nieograniczonych możliwości, po wspomnienia o trudnej walce o przetrwanie. To właśnie wtedy, po upadku komunizmu, kraj gwałtownie przeszedł z gospodarki centralnie planowanej na wolny rynek. Dla wielu osób był to moment, w którym „wszystko było możliwe”, a sukces zależał głównie od własnej pomysłowości i ciężkiej pracy. Z biegiem lat narracja ta zaczęła się jednak zmieniać, a dzisiejszy system gospodarczy często bywa zestawiany z tamtą dekadą jako jej całkowite przeciwieństwo.
Kiedy myślimy o latach 90., przed oczami stają nam polowe łóżka na chodnikach, z których sprzedawano wszystko – od kaset magnetofonowych po zachodnie słodycze. To był czas tzw. „szoku terapeutycznego” i planu Balcerowicza. Państwo wycofało się z niemal każdej sfery życia gospodarczego, dając obywatelom wolną rękę.
Dlaczego mówi się o tym jako o dekadzie wolności? Przede wszystkim ze względu na brak skomplikowanych regulacji. Założenie firmy było prostsze niż kiedykolwiek, a biurokracja, choć istniała, nie miała jeszcze tak mackowatego charakteru jak dzisiaj. Ludzie, którzy przez dekady żyli w systemie, gdzie „czy się stoi, czy się leży”, nagle poczuli, że ich los jest w ich własnych rękach. To poczucie sprawstwa budowało mitologię lat 90. jako ery prawdziwego kapitalizmu.
Wiele z największych dzisiejszych polskich firm, takich jak InPost, Maspex czy liczne potęgi z branży meblarskiej i okiennej, zaczynało właśnie w garażach lub na małych placach handlowych w latach 90. To był czas, gdy brak kapitału nadrabiano determinacją.
Z czasem entuzjazm związany z „dzikim” kapitalizmem zaczął wygasać, a społeczeństwo zaczęło dostrzegać jego ciemne strony: ogromne bezrobocie po upadku PGR-ów, brak siatki bezpieczeństwa i rosnące rozwarstwienie społeczne. W odpowiedzi na te problemy, kolejne rządy zaczęły wprowadzać mechanizmy, które miały cywilizować rynek, ale jednocześnie go ograniczać.
Wejście Polski do Unii Europejskiej w 2004 roku było kamieniem milowym. Z jednej strony otworzyło nam granice i rynki zbytu, z drugiej – narzuciło tysiące norm, certyfikatów i przepisów. To wtedy zaczęła się era „regulacji wszystkiego”. Dla wielu przedsiębiorców był to moment, w którym zamiast skupiać się na produkcie, musieli zacząć poświęcać połowę czasu na wypełnianie formularzy i dostosowywanie się do unijnych dyrektyw.
Argument o karaniu za pracowitość i zaradność najczęściej pojawia się w kontekście systemu podatkowego i składek na ubezpieczenia społeczne. W miarę jak państwo rozbudowywało programy socjalne (takie jak 500+, trzynaste emerytury czy różnego rodzaju tarcze), rosło zapotrzebowanie na środki w budżecie.
Oto główne powody, dla których przedsiębiorcy czują się dziś „karani”:
Warto zachować obiektywizm. Lata 90. to nie tylko wolność, ale też ogromna niepewność. Inflacja potrafiła zjadać oszczędności w oczach, a przestępczość zorganizowana była realnym problemem dla wielu właścicieli firm (słynne „haracze”). Dzisiejsza „opiekuńczość” państwa daje stabilizację, której wtedy brakowało.
Jednak poczucie „karania za pracowitość” bierze się stąd, że współczesny system często promuje bierność lub konsumpcję kosztem oszczędzania i inwestowania. Osoba, która pracuje na dwa etaty, by odłożyć na mieszkanie, może czuć frustrację, widząc, jak inflacja i podatki niwelują jej wysiłek, podczas gdy transfery socjalne trafiają do osób, które nie wykazują podobnej aktywności zawodowej.
Dzisiejsza gospodarka jest znacznie bardziej dojrzała niż ta z lat 90., ale też o wiele cięższa. Tamta dekada była sprintem w stronę zachodniego dobrobytu, podczas gdy obecne czasy to raczej bieg z przeszkodami w postaci biurokracji i zmieniającego się prawa.
To, czy lata 90. były „lepsze”, zależy od tego, co cenimy bardziej: absolutną wolność i ryzyko, czy bezpieczeństwo okupione wysokimi kosztami i regulacjami. Jedno jest pewne – duch tamtej przedsiębiorczości wciąż drzemie w Polakach, choć dziś musi on walczyć nie z brakiem towaru na półkach, a z gąszczem przepisów w urzędowych segregatorach.