Gość (37.30.*.*)
Pojęcie neofeudalizmu coraz częściej pojawia się w debatach ekonomicznych i socjologicznych, budząc zarówno ciekawość, jak i niepokój. Choć termin ten brzmi jak wyjęty z podręcznika do historii średniowiecza, odnosi się do bardzo współczesnych zjawisk. To wizja świata, w którym tradycyjna własność zanika na rzecz modelu subskrypcyjnego, a władza przesuwa się z rąk demokratycznie wybranych rządów do rąk potężnych korporacji i najbogatszych jednostek. Przyjrzyjmy się, jak ten proces wygląda w praktyce i co może oznaczać dla naszej przyszłości.
Dzisiejsze symptomy powrotu do struktur feudalnych nie przypominają rycerzy na koniach, ale są równie hierarchiczne. Jedną z najbardziej widocznych cech jest postępująca koncentracja kapitału. Niewielka grupa miliarderów i gigantycznych korporacji technologicznych posiada zasoby przekraczające budżety wielu państw. To prowadzi do sytuacji, w której „cyfrowi baronowie” mają realny wpływ na prawo, politykę i obieg informacji.
Kolejnym filarem jest zmiana charakteru własności. W tradycyjnym kapitalizmie dążono do posiadania – domu, samochodu, narzędzi pracy. W neofeudalizmie dominują usługi i subskrypcje. Nie posiadasz oprogramowania, tylko je licencjonujesz; nie posiadasz muzyki, tylko płacisz za dostęp do niej. Nawet w przypadku nieruchomości coraz częściej mówi się o „pokoleniu najemców”, dla których własny kąt staje się nieosiągalnym luksusem. Zamiast budować własny majątek, oddajemy znaczną część dochodów „właścicielom platform”, co przypomina dawne opłacanie daniny za prawo do uprawy ziemi pana.
Trudno wskazać jedną datę „wprowadzenia” neofeudalizmu, ponieważ nie jest to proces odgórny, lecz ewolucyjny. Najszybciej te zmiany zachodzą w krajach o wysokim stopniu cyfryzacji i dużych rozwarstwieniach społecznych, takich jak Stany Zjednoczone czy Chiny. W USA widać to w dominacji Big Techu i prywatyzacji przestrzeni publicznych. W Chinach z kolei system kredytu społecznego i ścisła kontrola cyfrowa tworzą nowoczesną formę poddaństwa wobec państwa i powiązanych z nim korporacji.
W Europie proces ten jest hamowany przez silniejsze tradycje państwa opiekuńczego i regulacje chroniące prywatność, jednak i tutaj widać trendy takie jak gig economy (praca dorywcza przez aplikacje). Pełny neofeudalizm mógłby stać się faktem w ciągu najbliższych dwóch, trzech dekad, jeśli mechanizmy rynkowe nie zostaną zrównoważone przez silne regulacje antymonopolowe i ochronę praw pracowniczych.
Państwo w systemie neofeudalnym staje się fasadą lub narzędziem w rękach najsilniejszych graczy rynkowych. Możemy wyobrazić sobie strukturę, w której:
W takim scenariuszu państwo przestaje być gwarantem praw obywatelskich, a staje się administratorem dbającym o stabilność systemu, w którym główne role grają prywatne podmioty.
Dla przeciętnego człowieka neofeudalizm oznacza przede wszystkim brak stabilności i autonomii. Życie w modelu subskrypcyjnym sprawia, że w momencie utraty płynności finansowej tracimy dostęp do wszystkiego: od narzędzi pracy po rozrywkę, a czasem nawet dach nad głową. To stan ciągłej niepewności, który socjologowie nazywają prekaryzacją.
W tym kontekście coraz częściej mówi się o neoniewolnictwie. Dlaczego? Ponieważ współczesne mechanizmy uzależnienia są bardziej subtelne, ale równie skuteczne co dawne kajdany.
Termin „neofeudalizm” spopularyzował m.in. Joel Kotkin w swojej książce „The Coming of Neo-Feudalism”. Zwraca on uwagę, że nowa arystokracja (technolodzy i finansiści) oraz nowa „duchowość” (akademicy i media kształtujące opinię) tworzą system, w którym mobilność społeczna staje się mitem, podobnie jak w średniowieczu.
Podsumowując, neofeudalizm to nie jest odległa wizja z filmów science-fiction, ale zestaw zjawisk, które już teraz kształtują naszą codzienność. Kluczowym pytaniem pozostaje, czy jako społeczeństwo zdołamy odzyskać kontrolę nad technologią i kapitałem, czy też staniemy się jedynie użytkownikami w świecie, który do nas nie należy.