Jakie masz pytanie?

lub

Dlaczego z jednej strony krytykuje się i ogranicza korzystanie z pojazdów spalinowych, a z drugiej nie buduje się nowych linii kolejowych ani nie przywraca tych zamkniętych w regionach, w których nie powstały lokalne koleje samorządowe?

przyczyny wykluczenia komunikacyjnego rozwój lokalnej kolei problemy transportu publicznego
avatar

Gość (37.30.*.*)



Odpowiedź:

Problem, o który pytasz, dotyka sedna współczesnych dylematów transportowych w Polsce i Europie. Z jednej strony mamy ambitne cele klimatyczne i unijne dyrektywy, które dążą do eliminacji aut spalinowych, a z drugiej – brutalną rzeczywistość wielu polskich regionów, gdzie bez własnego samochodu człowiek jest niemal odcięty od świata. To zjawisko nazywamy wykluczeniem komunikacyjnym i jest ono jednym z największych wyzwań społecznych ostatnich dekad. Dlaczego więc, skoro chcemy być „eko”, nie kładziemy torów wszędzie tam, gdzie kiedyś tętniło życie kolejowe?

Koszty, które przyprawiają o zawrót głowy

Główną barierą w odbudowie lokalnych linii kolejowych są pieniądze, a konkretnie ich skala. Budowa jednego kilometra nowej, zelektryfikowanej linii kolejowej to koszt rzędu kilkunastu, a czasem nawet kilkudziesięciu milionów złotych. Rewitalizacja starej, zniszczonej linii wcale nie jest drastycznie tańsza, ponieważ często wymaga wymiany całego podłoża, budowy nowych mostów, wiaduktów i nowoczesnych systemów sterowania ruchem.

W regionach, gdzie nie powstały silne koleje samorządowe (takie jak Koleje Dolnośląskie czy Koleje Wielkopolskie), ciężar utrzymania infrastruktury spoczywa głównie na PKP Polskich Liniach Kolejowych. Państwowy gigant często priorytetyzuje magistrale łączące duże miasta, bo tam potoki pasażerów są największe, a zwrot z inwestycji – najszybszy. Lokalne linie w mniej zaludnionych regionach są postrzegane jako deficytowe, co sprawia, że w budżetach centralnych lądują na szarym końcu listy potrzeb.

Pułapka „ostatniej mili” i demografia

Kolejnym powodem jest zmiana sposobu, w jaki żyjemy. Wiele linii kolejowych, które zamknięto w latach 90., przebiegało przez tereny, które dziś są wyludnione lub ich struktura gospodarcza całkowicie się zmieniła. Aby pociąg miał sens, musi mieć kogo wozić. Jeśli stacja kolejowa znajduje się 5 kilometrów od centrum wsi, a dojazd do niej nie jest skomunikowany z lokalnym autobusem, większość osób i tak wybierze samochód.

To tzw. problem ostatniej mili. Samochód spalinowy, mimo że krytykowany, oferuje mobilność „od drzwi do drzwi”. Kolej wymaga całego systemu przesiadkowego, którego stworzenie w regionach o niskiej gęstości zaludnienia jest logistycznym i finansowym koszmarem dla biedniejszych gmin.

Czy wiesz, że...?

W Polsce po 1989 roku zlikwidowano lub zawieszono ruch na blisko 5 tysiącach kilometrów linii kolejowych. To tak, jakbyśmy nagle „wymazali” z mapy połączenia między kilkunastoma dużymi miastami. Obecnie programy takie jak „Kolej Plus” próbują przywrócić życie na niektórych z tych odcinków, ale proces ten potrwa dekady.

Polityka i priorytety inwestycyjne

Nie da się ukryć, że przez lata priorytetem w Polsce była budowa dróg ekspresowych i autostrad. To tam szły największe fundusze unijne i krajowe. Lobby drogowe było silniejsze, a efekt inwestycji – bardziej widoczny dla przeciętnego wyborcy. Budowa drogi pozwala każdemu, kto ma auto, pojechać szybciej. Budowa linii kolejowej wymaga jeszcze zakupu drogiego taboru i opłacenia maszynistów, co generuje stałe koszty operacyjne dla samorządu.

W regionach, gdzie brakuje kolei samorządowych, często brakuje też politycznej woli lub odwagi, by wejść w tak kosztowny projekt. Samorządy boją się, że po wybudowaniu linii nie udźwigną kosztów dopłat do biletów, które w transporcie regionalnym są niemal zawsze konieczne.

Paradoks ekologiczny: ograniczenia vs. alternatywy

Krytyka aut spalinowych płynie głównie z poziomu centralnego i europejskiego (np. pakiet Fit for 55), podczas gdy organizacja transportu zbiorowego to zadanie lokalne. To tworzy swoisty rozjazd decyzyjny. Mieszkaniec małego miasteczka słyszy, że jego 15-letni diesel jest problemem, ale jednocześnie widzi zardzewiałe tory, po których nic nie jechało od 20 lat.

Bez spójnej strategii, która łączyłaby zakazy dla aut z realną ofertą transportową, walka ze spalinówkami uderza najmocniej w najuboższych. Eksperci wskazują, że rozwiązaniem mogłoby być nie tylko budowanie nowych linii, ale przede wszystkim stworzenie zintegrowanych systemów autobusowo-kolejowych, gdzie autobus dowozi pasażerów do najbliższego węzła kolejowego na jednym bilecie.

Co musi się zmienić?

Aby sytuacja uległa poprawie, konieczne jest kilka czynników:

  • Zwiększenie subwencji transportowej dla uboższych województw, by mogły uruchamiać połączenia tam, gdzie dziś jest to nieopłacalne.
  • Uproszczenie przepisów dotyczących rewitalizacji linii, aby nie każda modernizacja musiała spełniać wyśrubowane normy dla pociągów ekspresowych.
  • Zmiana mentalności, czyli odejście od myślenia, że pociąg musi na siebie zarabiać. Transport publiczny to usługa publiczna, jak szkoła czy szpital – ma służyć obywatelom, a nie tylko generować zysk.

Obecnie obserwujemy powolny renesans kolei, ale dzieje się on głównie w aglomeracjach i bogatszych regionach. „Polska B” wciąż czeka na swój moment, a do tego czasu samochód spalinowy pozostanie tam nie luksusem, lecz jedynym narzędziem pozwalającym na normalne funkcjonowanie, pracę i naukę.

Podziel się z innymi: