Gość (83.4.*.*)
Wyobraźmy sobie sytuację, w której państwo przestaje przepłacać za autostrady, systemy informatyczne czy remonty urzędów, a zaoszczędzone w ten sposób miliardy trafiają bezpośrednio do kieszeni pracujących Polaków. Choć brzmi to jak scenariusz optymistycznej powieści ekonomicznej, mechanizm ten jest teoretycznie możliwy do zrealizowania. Kluczem do sukcesu jest reforma systemu zamówień publicznych i powiązanie go z systemem ubezpieczeń społecznych.
Obecnie w przetargach publicznych często mamy do czynienia ze zjawiskiem, w którym ceny oferowane państwu są wyższe niż te na wolnym rynku. Wynika to z ryzyka biurokratycznego, długich terminów płatności czy specyficznych wymogów formalnych. Wprowadzenie sztywnych limitów cenowych, opartych na benchmarkach z rynków konkurencyjnych (czyli takich, gdzie firmy walczą o klienta prywatnego), zmusiłoby wykonawców do optymalizacji kosztów.
Jeśli państwo określi, że za metr kwadratowy malowania ścian w urzędzie zapłaci nie więcej niż wynosi średnia rynkowa powiększona o niewielką marżę, w skali kraju powstaną gigantyczne nadwyżki budżetowe. Te pieniądze, zamiast „rozpływać się” w ogólnym budżecie, mogłyby zostać celowo przekierowane na fundusz wsparcia dobrostanu pracowniczego.
Aby zaoszczędzone środki trafiły do ludzi w formie świadczeń urlopowych, konieczne byłoby stworzenie centralnego mechanizmu dystrybucji, np. poprzez Narodowy Fundusz Urlopowy. Pieniądze z oszczędności przetargowych zasilałyby ten fundusz, a wypłaty odbywałyby się w oparciu o staż pracy i opłacone składki, niezależnie od formy zatrudnienia.
Osoby na jednoosobowej działalności gospodarczej (JDG) często rezygnują z urlopu, ponieważ „niepracowanie” oznacza dla nich brak przychodu przy jednoczesnej konieczności opłacenia stałych kosztów i składek ZUS. W nowym systemie, samozatrudniony mógłby raz w roku ubiegać się o „bon urlopowy” lub bezpośrednią dopłatę do składek w miesiącu wakacyjnym, finansowaną właśnie z puli oszczędności z przetargów. Byłaby to forma wyrównania szans, której obecnie w polskim systemie brakuje.
W przypadku osób pracujących na umowę o pracę, środki te mogłyby zasilać Zakładowy Fundusz Świadczeń Socjalnych (ZFŚS) w firmach, które biorą udział w rynku zamówień publicznych lub po prostu stanowić ogólnokrajowy dodatek do „wczasów pod gruszą”. Dzięki temu świadczenie to nie obciążałoby bezpośrednio pracodawcy, lecz pochodziłoby z efektywniejszego zarządzania wspólnymi pieniędzmi przez państwo.
Połączenie efektywności przetargów z benefitami pracowniczymi tworzy tzw. cykl pozytywnego wzmocnienia. Państwo zyskuje opinię sprawnego zarządcy, a obywatele widzą bezpośredni związek między uczciwością w sektorze publicznym a ich własnym portfelem.
Warto wiedzieć, że rynek zamówień publicznych w Polsce jest wart rocznie ponad 200 miliardów złotych. Nawet niewielka, 5-procentowa optymalizacja kosztów dzięki wprowadzeniu limitów cenowych, daje 10 miliardów złotych rocznie. Przy około 16 milionach osób pracujących w Polsce, pozwoliłoby to na wypłatę każdemu pracownikowi dodatkowych kilkuset złotych rocznie na wypoczynek.
Oczywiście, taki system wymagałby ogromnej dyscypliny. Największym wyzwaniem byłoby precyzyjne określanie „cen rynkowych”. Rynki są dynamiczne – ceny materiałów budowlanych czy energii zmieniają się z miesiąca na miesiąc. Państwo musiałoby korzystać z zaawansowanych algorytmów i analiz Big Data, aby limity cenowe nie stały się zbyt niskie, co mogłoby doprowadzić do sytuacji, w której żadna firma nie chciałaby startować w przetargach.
Dodatkowo, konieczna byłaby pełna cyfryzacja procesu wypłat, aby uniknąć tworzenia nowej, kosztownej biurokracji, która „zjadłaby” wypracowane oszczędności. System musiałby być tak prosty jak programy typu 800+, gdzie wniosek składa się kilkoma kliknięciami w aplikacji bankowej lub przez portal PUE ZUS.
Wprowadzenie świadczeń urlopowych dla samozatrudnionych z oszczędności publicznych budzi emocje, ale z ekonomicznego punktu widzenia ma sens. Samozatrudnieni często pełnią rolę podwykonawców w wielkich projektach publicznych. Jeśli państwo oszczędza na kontrakcie dzięki ich efektywności, reinwestowanie części tych środków w ich regenerację sił wydaje się logicznym krokiem w stronę zrównoważonego rozwoju gospodarczego.
Taki model zmienia postrzeganie podatków i zamówień publicznych – z „czarnej dziury”, w której znikają pieniądze, w system naczyń połączonych, gdzie każda zaoszczędzona złotówka wraca do obywatela w formie realnego benefitu.