Gość (37.30.*.*)
Wyobraźmy sobie poranek, w którym budzimy się w zupełnie nowej rzeczywistości gospodarczej. Unia Europejska decyduje się na radykalny krok: ujednolica kluczowe podatki na poziomie tak niskim, że dzisiejsze „raje podatkowe” mogłyby poczuć oddech konkurencji na plecach. CIT i VAT spadają do symbolicznego 1%, pojawia się nowy podatek od spadków transgranicznych oraz drobna opłata od każdego międzynarodowego przelewu. Brzmi jak sen konsumenta i przedsiębiorcy? Być może, ale dla finansów publicznych państw członkowskich byłby to scenariusz rodem z filmu katastroficznego.
Pierwszym i najbardziej odczuwalnym skutkiem takiej reformy byłoby natychmiastowe załamanie budżetów krajowych. Obecnie podatki VAT i CIT stanowią fundament finansowania szkół, szpitali, policji czy wojska w każdym kraju UE. W Polsce sam VAT odpowiada za niemal połowę wpływów do budżetu państwa (standardowa stawka to 23%). Obniżenie go do 1% i przekazanie całości do Brukseli oznaczałoby, że rządy narodowe straciłyby główne źródło utrzymania.
W praktyce państwa musiałyby albo drastycznie podnieść inne podatki (np. od nieruchomości lub dochodowy od osób fizycznych – PIT), albo całkowicie zrezygnować z finansowania usług publicznych, przekazując te kompetencje Unii Europejskiej. Doszłoby do największej w historii centralizacji władzy – ten, kto trzyma klucze do skarbca, ten ustala zasady.
Wprowadzenie 1-procentowego podatku CIT (od zysków firm) uczyniłoby z Unii Europejskiej największą strefę wolnocłową i podatkową na świecie. Giganci technologiczni z USA czy Azji masowo przenosiliby swoje siedziby do Europy.
Z jednej strony mogłoby to wywołać niesamowity boom inwestycyjny i technologiczny. Z drugiej strony, skoro cały ten podatek trafiałby do budżetu UE, poszczególne kraje (jak Polska, Niemcy czy Francja) nie miałyby bezpośredniego zysku z tego, że dana firma operuje na ich terenie, poza nowymi miejscami pracy. Pojawiłby się jednak problem sprawiedliwości społecznej – najbogatsze korporacje świata płaciłyby ułamek tego, co dzisiaj, podczas gdy kraje członkowskie zmagałyby się z brakiem środków na infrastrukturę, z której te firmy korzystają.
Obniżka VAT-u do 1% teoretycznie powinna wywołać gwałtowny spadek cen produktów i usług. Elektronika, samochody, a nawet codzienne zakupy spożywcze stałyby się znacznie tańsze. To z kolei napędziłoby konsumpcję do niespotykanych dotąd rozmiarów.
Warto jednak pamiętać o mechanizmie inflacyjnym. Tak nagły wzrost siły nabywczej pieniądza przy jednoczesnym braku kontroli państwa nad podażą mógłby doprowadzić do ogromnego chaosu rynkowego. Ponadto, system VAT jest skomplikowany w rozliczaniu – przy stawce 1% koszty administracyjne poboru tego podatku mogłyby w niektórych przypadkach przewyższać same wpływy.
Wprowadzenie 5% podatku od spadków transgranicznych oraz 0,05% od transferów międzynarodowych to klasyczne przykłady podatków celowych.
Spójrzmy na liczby, aby zrozumieć skalę. Załóżmy, że duża korporacja przesyła między swoimi oddziałami w różnych krajach UE kwotę 1 000 000 000 € (miliard euro) rocznie w ramach rozliczeń.
Krok 1: Obliczenie wartości podatku procentowego.
~$1 000 000 000 € \times 0,0005 (czyli 0,05\%) = 500 000 €~#$
Krok 2: Weryfikacja progu minimalnego.
Skoro minimalna opłata to 0,05 €, a nasz wynik to 500 000 €, podatek jest naliczany od wartości procentowej.
Wynik: Przy jednym dużym transferze budżet UE wzbogaca się o pół miliona euro. Biorąc pod uwagę, że dzienny obrót na rynkach międzybankowych i w handlu międzynarodowym wewnątrz UE idzie w biliony euro, taki podatek mógłby stać się głównym filarem finansowania wspólnoty, zastępując składki członkowskie.
Koncepcja podatku od transakcji finansowych nie jest nowa. Została zaproponowana w 1972 roku przez noblistę Jamesa Tobina. Jego pierwotnym celem nie było jednak łatanie dziur budżetowych, ale ukrócenie krótkoterminowych spekulacji walutowych, które destabilizowały gospodarki. W Twoim scenariuszu podatek ten objąłby jednak wszystkie transfery, co mogłoby nieco spowolnić handel, ale uczyniłoby budżet UE niezwykle odpornym na kryzysy poszczególnych państw.
Taka reforma oznaczałaby powstanie „Superpaństwa Europejskiego”. Unia z budżetem zasilanym bezpośrednio z VAT, CIT i transferów stałaby się niezależna od humoru rządów w Warszawie, Berlinie czy Paryżu. Stałaby się też niewyobrażalnie bogata.
Prawdopodobnie to Bruksela musiałaby wtedy przejąć wypłaty emerytur, finansowanie armii czy budowę dróg w całej Europie, ponieważ państwa narodowe, pozbawione swoich głównych dochodów, po prostu przestałyby być wypłacalne. To wizja Europy bez granic podatkowych, ale też Europy, w której rola lokalnych parlamentów zostaje sprowadzona do funkcji czysto administracyjnych.
Czy bylibyśmy na to gotowi? Ekonomicznie byłby to eksperyment na żywym organizmie, który mógłby albo uczynić z Europy globalne imperium gospodarcze, albo doprowadzić do jej wewnętrznego rozpadu pod wpływem oporu państw tracących suwerenność finansową.