Gość (37.30.*.*)
Siarkowodór ($H_2S$) to gaz, który większość z nas kojarzy z nieznośną wonią zgniłych jajek. Jest on produktem beztlenowego rozkładu białek i występuje naturalnie w gazach wulkanicznych, źródłach siarczkowych czy kopalniach. Choć w małych ilościach jest po prostu uciążliwy, w większych stężeniach staje się śmiertelną pułapką, ponieważ paraliżuje zmysł węchu, sprawiając, że ofiara przestaje czuć zagrożenie tuż przed utratą przytomności.
Abyśmy mogli stale odczuwać zapach siarkowodoru, nie narażając się na natychmiastowe uszczerbki na zdrowiu, jego stężenie musiałoby oscylować w granicach od 0,01 do 1,5 ppm (części na milion). W przeliczeniu na wartości procentowe jest to zaledwie 0,000001% do 0,00015% objętości powietrza. Ludzki nos jest niezwykle czuły na ten gaz i potrafi go wykryć nawet przy stężeniu 0,00047 ppm, jednak przy poziomie około 1-2 ppm zapach staje się wyraźny i wręcz natrętny.
Problem pojawia się jednak przy dłuższej ekspozycji. Nawet niskie stężenia (powyżej 5-10 ppm) mogą po pewnym czasie powodować podrażnienie spojówek oraz dróg oddechowych. Poziom, który wymagałby od nas stałego noszenia masek ochronnych (z odpowiednimi filtrami pochłaniającymi gazy kwaśne), zaczyna się od 10 ppm (0,001%). Jest to powszechnie przyjmowana norma bezpieczeństwa w przemyśle (tzw. NDS – Najwyższe Dopuszczalne Stężenie). Powyżej 100 ppm (0,01%) sytuacja staje się krytyczna – dochodzi do porażenia nerwu węchowego. Człowiek przestaje czuć zapach, co daje złudne poczucie bezpieczeństwa, podczas gdy gaz sieje spustoszenie w organizmie, blokując oddychanie komórkowe.
W historii Ziemi zdarzały się już momenty, gdy siarkowodór odgrywał główną rolę w masowym wymieraniu gatunków. Najbardziej znanym scenariuszem jest tzw. hipoteza Kumpa, dotycząca wielkiego wymierania permskiego (ok. 252 mln lat temu). Proces ten mógłby wyglądać następująco:
Jak szybko mogłoby to nastąpić? Według modeli paleoklimatycznych proces nasycania oceanów trwa tysiące lat, ale samo uwolnienie gazu do atmosfery po przekroczeniu progu stabilności mogłoby zająć zaledwie kilka dekad lub nawet lat.
Współcześni naukowcy uważają scenariusz globalnego zatrucia siarkowodorem za mało prawdopodobny w najbliższej przyszłości, choć nie niemożliwy w skali geologicznej. Obecnie obserwujemy powstawanie tzw. "martwych stref" w oceanach (np. w Bałtyku czy Zatoce Meksykańskiej), gdzie poziom tlenu jest bliski zeru, ale są one zbyt małe, by wpłynąć na globalny skład atmosfery.
Czy człowiek mógłby wywołać taki stan sztucznie? Teoretycznie tak, choć byłoby to logistycznie karkołomne. Możliwe drogi to:
Warto jednak zaznaczyć, że aby osiągnąć poziom 10 ppm w całej atmosferze, musielibyśmy wyprodukować niewyobrażalne ilości tego gazu, liczone w miliardach ton, co przy obecnej technologii jest poza zasięgiem celowego działania człowieka.
Choć siarkowodór kojarzy się ze śmiercią, badania na myszach wykazały, że w bardzo precyzyjnie dobranych, niskich dawkach, gaz ten może wprowadzić organizm w stan hibernacji (letargu). Metabolizm zwalnia, temperatura ciała spada, a zapotrzebowanie na tlen drastycznie maleje. Naukowcy badają tę właściwość pod kątem medycyny ratunkowej i przyszłych podróży międzyplanetarnych, choć u ludzi efekt ten jest znacznie trudniejszy do osiągnięcia i bardzo niebezpieczny.
Jeśli chcemy przeliczyć ppm na procenty, musimy pamiętać, że 1% to jedna setna części całości, a 1 ppm to jedna milionowa.
Jak widać, nawet ułamki procenta siarkowodoru w powietrzu są dla nas skrajnie toksyczne, co czyni go jednym z najgroźniejszych gazów, z jakimi możemy mieć styczność w naturze i przemyśle.