Jakie masz pytanie?

lub

Czy infantylność Amerykanów to europejsko-kolonialny stereotyp, czy skutek niskiego poziomu edukacji w USA?

różnice kulturowe usa stereotypy narodowe amerykanów amerykański system edukacji
avatar

Gość (83.4.*.*)



Odpowiedź:

Obraz przeciętnego Amerykanina w oczach wielu Europejczyków bywa dość jednowymiarowy. Często postrzega się ich jako ludzi niezwykle otwartych, ale jednocześnie naiwnych, przesadnie entuzjastycznych i – co tu dużo mówić – nieco infantylnych. Zjawisko to, nazywane czasem „amerykańską niedojrzałością”, od lat budzi ożywione dyskusje po obu stronach Atlantyku. Czy to, co bierzemy za brak dojrzałości, to jedynie złośliwy, zakorzeniony w kolonialnej wyższości stereotyp, którym Europejczycy leczą swoje kompleksy? A może rzeczywisty skutek specyfiki amerykańskiego systemu edukacji, który kładzie nacisk na zupełnie inne wartości niż szkoły na Starym Kontynencie? Aby to zrozumieć, musimy przyjrzeć się zarówno historii, jak i realiom życia za oceanem.

Stereotyp „młodego i naiwnego” nowego świata

Korzenie tego zjawiska sięgają głęboko w przeszłość, na długo przed powstaniem współczesnych mediów społecznościowych czy Hollywood. Gdy Stany Zjednoczone rodziły się jako nowe państwo, europejskie elity patrzyły na nie z mieszaniną fascynacji i wyższości. Dla Starego Kontynentu, ukształtowanego przez wieki wojen, skomplikowanych sojuszy, monarchii i głębokiego cynizmu, Ameryka jawiła się jako „młodsze rodzeństwo” – pełne energii, ale pozbawione ogłady i historycznego doświadczenia.

Europejska tożsamość w dużej mierze opiera się na tragizmie historii. Niemal każdy skrawek ziemi w Europie był świadkiem krwawych konfliktów, co rodzi naturalny sceptycyzm, ostrożność i dystans. Amerykański mit założycielski opiera się natomiast na optymizmie, wierze w postęp i przekonaniu, że każdy jest kowalem własnego losu (American Dream).

To, co Europejczyk nazwie „naiwnością” lub „infantylizmem”, Amerykanin określi jako „pozytywne nastawienie” (positivity) i otwartość na możliwości. Szeroki uśmiech do nieznajomego w sklepie czy entuzjastyczne „How are you?” to dla mieszkańców Europy zachowania sztuczne lub wręcz dziecinne. W USA stanowią one jednak podstawowy smar społeczny, ułatwiający koegzystencję w niezwykle zróżnicowanym społeczeństwie imigrantów.

Czy to wina amerykańskiego systemu edukacji?

Drugim elementem tej układanki jest edukacja, która w USA wygląda zupełnie inaczej niż w większości krajów europejskich. Często słyszy się anegdoty o Amerykanach, którzy nie potrafią wskazać Europy na mapie lub nie wiedzą, kiedy wybuchła II wojna światowa. Czy te braki w wiedzy ogólnej przekładają się na wspomnianą infantylność?

Amerykański system edukacji jest skrajnie zdecentralizowany. O jakości szkoły decydują podatki od nieruchomości w danej dzielnicy, co tworzy gigantyczne dysproporcje. Obok szkół na poziomie światowym istnieją placówki drastycznie niedofinansowane. Co ważne, amerykański program nauczania (szczególnie na poziomie podstawowym i średnim) kładzie znacznie mniejszy nacisk na encyklopedyczną wiedzę o świecie, geografię czy historię powszechną, a znacznie większy na:

  • Kompetencje miękkie i autoprezentację: Amerykańskie dzieci od najmłodszych lat uczą się przemawiać publicznie, wyrażać własne zdanie i budować pewność siebie (słynne szkolne prezentacje show and tell).
  • Lokalność: Edukacja koncentruje się na historii własnego stanu i kraju. Dla Amerykanina, którego państwo ma wielkość całego kontynentu, sprawy zagraniczne często wydają się odległe i abstrakcyjne.
  • Pragmatyzm: Szkoła ma przygotować do funkcjonowania w społeczeństwie i biznesie, a nie do wygrywania teleturniejów z wiedzy ogólnej.

W efekcie przeciętny dorosły Amerykanin może wykazywać brak wiedzy o świecie, który w Europie uchodzi za kompromitujący i „dziecinny”. Jednak ta sama osoba może być niezwykle przedsiębiorcza, pewna siebie i sprawna komunikacyjnie – cechy te europejska szkoła, skupiona na wkuwaniu faktów, często pomija.

Kultura konsumpcyjna i kult młodości

Nie można pominąć faktu, że Stany Zjednoczone są kolebką nowoczesnej kultury konsumpcyjnej, która w naturalny sposób promuje zachowania kojarzone z młodością. Amerykański rynek rozrywkowy – od parków rozrywki Disneya, przez kulturę komiksów i filmów o superbohaterach, aż po fast foody – jest zaprojektowany tak, aby trafiać do „wewnętrznego dziecka” w każdym wieku.

W Europie tradycyjnie istniał wyraźny podział na to, co „wypada” dorosłemu, a co jest przeznaczone dla dzieci. W USA te granice są znacznie bardziej płynne. Dorosły człowiek paradujący w koszulce z Myszką Miki czy ekscytujący się nowym filmem o superbohaterach nie budzi tam żadnego zdziwienia. Dla europejskiego obserwatora, wychowanego w kulcie powagi i intelektualizmu, taki brak barier pokoleniowych w konsumpcji popkultury może być odbierany jako przejaw infantylizacji społeczeństwa.

Sposób komunikacji: bezpośredniość kontra niuanse

Różnica tkwi także w samej strukturze komunikacji. Kultura amerykańska jest kulturą niskokontekstową. Oznacza to, że przekaz musi być jasny, prosty, bezpośredni i pozbawiony ukrytych znaczeń. Amerykanie rzadko posługują się wyrafinowaną ironią, sarkazmem czy subtelnymi aluzjami w codziennych kontaktach – wolą mówić wprost to, co myślą.

Dla Europejczyków, przyzwyczajonych do czytania między wierszami i doszukiwania się drugiego dna, taka prostota bywa myląca. Może być interpretowana jako brak głębi intelektualnej lub wręcz naiwność. Tymczasem jest to po prostu pragmatyczne narzędzie ułatwiające komunikację w wielokulturowym tyglu, gdzie skomplikowane kody kulturowe mogłyby prowadzić do nieporozumień.

Ciekawostka: model brzoskwini i kokosa

W socjologii kultury istnieje trafna metafora, która idealnie tłumaczy to zderzenie światów: podział na kultury „brzoskwini” i „kokosa”.

Amerykanie to typowe brzoskwinie. Są miękcy i słodcy na zewnątrz – łatwo nawiązują kontakt, uśmiechają się, zagadują w windzie i sprawiają wrażenie najlepszych przyjaciół po pięciu minutach rozmowy. Jednak w środku kryje się twarda pestka – dotarcie do ich prawdziwego, prywatnego „ja” i nawiązanie głębokiej relacji bywa niezwykle trudne.

Europejczycy (w tym Polacy czy Niemcy) to z kolei kokosy. Z zewnątrz twardzi, nieprzystępni, rzadko uśmiechający się do obcych i zachowujący dystans. Jeśli jednak przebijesz się przez tę skorupę, w środku znajdziesz miękkie wnętrze – lojalną, głęboką przyjaźń na lata.

Dla „kokosa” zachowanie „brzoskwini” wydaje się nieszczere, powierzchowne i właśnie... infantylne. Dla „brzoskwini” z kolei „kokos” bywa gburowaty, zimny i nieprzyjazny.

Podsumowanie — stereotyp czy rzeczywistość?

Odpowiedź na to pytanie nie jest czarno-biała. Postrzeganie Amerykanów jako infantylnych to w dużej mierze europejsko-kolonialny stereotyp, wynikający z różnic kulturowych i historycznych. Europejski cynizm i zamiłowanie do powagi zderzają się z amerykańskim optymizmem, pragmatyzmem i kulturą nastawioną na bezpośredniość.

Z drugiej strony, specyfika amerykańskiej edukacji oraz dominacja popkultury nastawionej na rozrywkę i konsumpcję bez wątpienia sprzyjają postawom, które z perspektywy Starego Kontynentu mogą wydawać się niedojrzałe. To, co dla nas jest brakiem głębi, dla nich jest funkcjonalnym sposobem na życie w dynamicznym, nastawionym na sukces świecie. Zamiast więc mówić o „infantylności”, trafniej jest mówić o zupełnie innej definicji dojrzałości społecznej.

Podziel się z innymi: