Gość (83.4.*.*)
Śmierć George’a Floyda w maju 2020 roku stała się iskrą, która wywołała nie tylko masowe protesty na ulicach amerykańskich miast, ale także ogólnokrajową debatę na temat roli policji w społeczeństwie. Hasło „Defund the police” (Odbierzcie fundusze policji) stało się jednym z najbardziej polaryzujących sloganów ostatnich lat. Choć dla jednych było wezwaniem do sprawiedliwości społecznej, dla innych brzmiało jak przepis na anarchię. Aby zrozumieć, o co tak naprawdę chodziło w tym sporze, warto przyjrzeć się argumentom obu stron, które ścierały się w cieniu płonących miast i politycznych wieców.
Wbrew pozorom, dla większości aktywistów hasło to nie oznaczało całkowitej likwidacji policji i pozostawienia obywateli samym sobie. Głównym założeniem było przesunięcie części gigantycznych budżetów policyjnych na inne cele społeczne. Zwolennicy tego postulatu argumentowali, że policja w USA stała się „instytucją od wszystkiego”, co negatywnie wpływa na jej skuteczność i relacje z obywatelami.
Jednym z kluczowych argumentów było przekonanie, że przestępczość często wynika z biedy, braku edukacji i braku perspektyw. Aktywiści twierdzili, że zamiast wydawać miliony dolarów na patrole i sprzęt wojskowy dla policji, lepiej zainwestować te pieniądze w budownictwo socjalne, szkoły, świetlice dla młodzieży oraz programy aktywizacji zawodowej. Logika była prosta: jeśli usuniemy przyczyny, dla których ludzie schodzą na drogę przestępczą, zapotrzebowanie na policję naturalnie spadnie.
Często podnoszonym argumentem była kwestia interwencji w przypadkach kryzysów zdrowia psychicznego, przedawkowań narkotyków czy bezdomności. Zwolennicy reformy podkreślali, że policjanci nie są wyszkolonymi terapeutami ani pracownikami socjalnymi. Wysyłanie uzbrojonego funkcjonariusza do osoby w trakcie epizodu psychotycznego często prowadziło do niepotrzebnej eskalacji przemocy. Postulat „Defund the police” zakładał stworzenie wyspecjalizowanych jednostek cywilnych, które zajmowałyby się takimi wezwaniami, odciążając policję i zwiększając bezpieczeństwo potrzebujących.
Po śmierci George’a Floyda głośno mówiono o tym, że amerykańska policja jest przesiąknięta systemowym rasizmem. Argumentowano, że ograniczenie funduszy to jedyny sposób na ukrócenie nadmiernej kontroli (tzw. over-policing) w dzielnicach zamieszkanych przez mniejszości etniczne. Dodatkowo krytykowano militaryzację policji – kupowanie przez lokalne departamenty transporterów opancerzonych i broni typu wojskowego, co w oczach wielu mieszkańców zmieniało policję z formacji służącej społeczności w armię okupacyjną.
Przeciwnicy „Defund the police” – w tym wielu polityków z obu stron barykady, a także znaczna część opinii publicznej – uważali, że jest to pomysł skrajnie niebezpieczny i oderwany od rzeczywistości. Ich argumenty skupiały się przede wszystkim na kwestiach bezpieczeństwa publicznego i praktycznych aspektach pracy służb mundurowych.
Najsilniejszym argumentem przeciwko obcinaniu budżetów był strach przed chaosem. Krytycy wskazywali, że w miastach, które zdecydowały się na radykalne kroki lub w których policja wycofała się z aktywnych patroli w obawie przed oskarżeniami, odnotowano gwałtowny wzrost liczby morderstw i strzelanin. Twierdzili oni, że obecność policji jest kluczowym czynnikiem odstraszającym przestępców, a jej osłabienie uderzy przede wszystkim w najbiedniejszych mieszkańców, którzy najbardziej potrzebują ochrony.
Wielu ekspertów ds. bezpieczeństwa argumentowało, że rozwiązaniem problemu brutalności policji nie jest odbieranie pieniędzy, lecz wręcz przeciwnie – dofinansowanie lepszych szkoleń. Twierdzili, że aby policjant potrafił deeskalować napięte sytuacje, rozumiał różnice kulturowe i potrafił radzić sobie ze stresem, potrzebuje setek godzin dodatkowych kursów. Obcięcie budżetu mogłoby doprowadzić do sytuacji, w której w służbie zostaliby najmniej doświadczeni funkcjonariusze, a jakość szkoleń drastycznie by spadła, co paradoksalnie mogłoby zwiększyć liczbę tragicznych pomyłek.
Ciekawym aspektem debaty był fakt, że sondaże przeprowadzone wśród społeczności afroamerykańskich i latynoskich często pokazywały brak poparcia dla całkowitego „defundowania” policji. Choć mieszkańcy tych dzielnic domagali się reform i sprawiedliwego traktowania, wielu z nich jednocześnie deklarowało, że chce większej, a nie mniejszej obecności policji w swoich sąsiedztwach, aby czuć się bezpiecznie. Przeciwnicy postulatu zarzucali aktywistom z klasy średniej, że próbują narzucić rozwiązania, które najbardziej zaszkodzą tym, którym teoretycznie mają pomóc.
Dyskusja wokół „Defund the police” doprowadziła do wielu zmian, choć rzadko były one tak radykalne, jak chcieli pierwotni autorzy hasła. Wiele miast, takich jak Minneapolis czy Los Angeles, początkowo ogłosiło cięcia, by po fali wzrostu przestępczości częściowo się z nich wycofać lub przekierować środki na „reimagining safety” – czyli reformowanie sposobu działania służb.
Warto wiedzieć, że w USA istnieje ponad 18 000 niezależnych agencji policyjnych (od lokalnych szeryfów po policje stanowe). To sprawia, że jakiekolwiek odgórne zmiany na poziomie federalnym są niezwykle trudne do wprowadzenia, a każda społeczność musi wypracować własny model współpracy z mundurowymi.
Debata ta pokazała przede wszystkim, jak głębokie są podziały w amerykańskim społeczeństwie w kwestii zaufania do instytucji państwowych. Choć samo hasło „Defund the police” z czasem straciło na politycznej sile, dyskusja o tym, jak powinna wyglądać nowoczesna i sprawiedliwa policja, trwa do dziś i prawdopodobnie będzie jednym z kluczowych tematów kolejnych kampanii wyborczych w Stanach Zjednoczonych.