Gość (37.30.*.*)
Wyobraź sobie, że prowadzisz kameralną, klimatyczną kawiarnię. Dbasz o najwyższą jakość ziaren, edukujesz klientów o metodach parzenia i tworzysz przestrzeń do kulturalnych dyskusji. Nagle w lokalu obok wybucha gigantyczna awantura – ktoś demoluje wnętrze, rzuca krzesłami i krzyczy na całą ulicę. Następnego dnia w lokalnych mediach pojawia się nagłówek: „Kawiarnie to siedlisko patologii i agresji! Trzeba je wszystkie zamknąć”. Brzmi absurdalnie? Dokładnie w takiej sytuacji znajdują się dziś profesjonalni streamerzy, twórcy edukacyjni oraz wideopodcasterzy. Przez wybryki garstki tak zwanych patostreamerów, cała branża twórców internetowych musi mierzyć się z ogromną nagonką i niesprawiedliwym szufladkowaniem.
Dlaczego tak się dzieje i jakie mechanizmy stoją za tym, że cierpią niewinni twórcy? Przyjrzyjmy się temu zjawisku z bliska.
Zjawisko wrzucania wszystkich twórców wideo do jednego worka nie jest przypadkiem. To efekt splotu psychologii społecznej, interesów tradycyjnych mediów oraz specyfiki działania algorytmów platform społecznościowych.
Tradycyjne media – telewizja, prasa drukowana czy duże portale informacyjne – od lat rywalizują z internetem o uwagę widza i budżety reklamowe. Kiedy w sieci dochodzi do skandalu z udziałem patostreamera, dla wielu redakcji jest to idealny temat. Spełnia on wszystkie kryteria „dobrego” newsa: budzi silne emocje (głównie oburzenie), szokuje i generuje gigantyczną klikalność.
Niestety, w pogoni za sensacją rzadko kiedy dba się o precyzję językową. Zamiast pisać o konkretnym, patologicznym marginesie, nagłówki krzyczą o „streamerach”, „YouTuberach” czy „influencerach”. Dla przeciętnego odbiorcy, który nie śledzi internetowych trendów na co dzień, te pojęcia stają się synonimem patologii.
Ludzki mózg lubi uproszczenia. Kiedy stykamy się z nowym, skomplikowanym zjawiskiem, jakim jest kultura internetowa, najłatwiej jest nam przypisać mu jedną, wyrazistą etykietę. Psychologowie społeczni nazywają to efektem homogeniczności grupy obcej. Jeśli starsze pokolenie lub osoby niezwiązane z siecią słyszą o streamingu głównie w kontekście afer, pijaństwa przed kamerą czy przemocy, automatycznie uznają, że całe to środowisko wygląda dokładnie tak samo.
Dla postronnego obserwatora różnica między profesjonalnym wideopodkastem o nauce a transmisją na żywo z libacji alkoholowej bywa niezauważalna – w obu przypadkach „ktoś mówi do mikrofonu przed kamerą”.
Wielu decydentów, polityków, a także rodziców nie rozumie, jak działa współczesny internet. Nie potrafią odróżnić platformy streamingowej od konkretnego twórcy. Gdy pojawia się problem patostreamingu, zamiast punktowej walki z patologią, pojawiają się pomysły na systemowe, często nieprzemyślane regulacje, które uderzają rykoszetem w uczciwych twórców.
Nagonka na streaming to nie tylko problem wizerunkowy. Przekłada się ona na realne, codzienne trudności, z jakimi muszą mierzyć się profesjonalni wideopodcasterzy i streamerzy.
Branża nie jest jednak całkowicie bezbronna. Aby zmienić narrację wokół streamingu i wideopodcastów, konieczne są działania na kilku poziomach:
Czy wiesz, dlaczego patostreaming w ogóle zyskał taką popularność, mimo że większość społeczeństwa go potępia? Odpowiedź tkwi w ewolucji naszego mózgu. Ludzki umysł wykazuje tak zwany błąd negatywności (ang. negativity bias). W toku ewolucji szybsze dostrzeganie zagrożeń i anomalii (czyli rzeczy złych, nietypowych, agresywnych) pozwalało nam przeżyć.
Dziś ten sam mechanizm sprawia, że widok spokojnej rozmowy dwóch ekspertów w podcaście rzadziej przykuje naszą uwagę na karcie „Na czasie” niż miniatura przedstawiająca awanturę. Algorytmy platform internetowych doskonale o tym wiedzą i promują to, co generuje najsilniejsze, nawet skrajnie negatywne emocje. Walka z nagonką to zatem nie tylko walka ze stereotypami, ale też z naszą własną, biologiczną podatnością na sensację.