Gość (37.30.*.*)
Zastanawiałeś się kiedyś, czy internet ma swoje fizyczne granice? Codziennie przeglądamy setki stron, oglądamy filmy i wysyłamy wiadomości, traktując sieć jako coś oczywistego, niemalże nieskończonego. Jednak, jak każda struktura stworzona przez człowieka, internet musi mieć swój początek i koniec – zarówno w wymiarze historycznym, jak i czysto fizycznym. Przyjrzyjmy się bliżej tej fascynującej sieci i sprawdźmy, gdzie kryją się jej krańce.
Aby zrozumieć, gdzie zaczyna się internet, musimy cofnąć się w czasie do końcówki lat 60. XX wieku. To właśnie wtedy, w dobie zimnej wojny, amerykańska agencja rządowa DARPA (Defense Advanced Research Projects Agency) postanowiła stworzyć zdecentralizowaną sieć komputerową, która mogłaby przetrwać ewentualny atak nuklearny. Tak narodził się projekt ARPANET.
Fizyczny początek internetu miał miejsce 29 października 1969 roku o godzinie 22:30. To wtedy podjęto próbę przesłania pierwszych danych pomiędzy dwoma węzłami sieci: Uniwersytetem Kalifornijskim w Los Angeles (UCLA) a Instytutem Badawczym Stanford (SRI).
Student Charley Kline próbował wpisać słowo „LOGIN”. Udało mu się jednak przesłać tylko dwie litery – „L” oraz „O” – po czym system się zawiesił. Można więc z przymrużeniem oka powiedzieć, że pierwszym słowem w internecie było legendarne już „LO”. Godzinę później system naprawiono i udało się przesłać całe słowo. To właśnie te dwa komputery w Kalifornii były absolutnym początkiem globalnej sieci.
Jeśli spojrzymy na internet z perspektywy współczesnego użytkownika, jego początek znajduje się znacznie bliżej, niż mogłoby się wydawać. Dla Ciebie internet zaczyna się w Twoim urządzeniu – smartfonie, laptopie czy telewizorze.
Droga sygnału wygląda następująco:
Prawdziwym kręgosłupem globalnego internetu są jednak światłowody oceaniczne. To gigantyczne kable leżące na dnie oceanów, które łączą kontynenty. Bez nich globalna komunikacja nie byłaby możliwa. Jeśli więc szukasz fizycznego „początku” globalnej sieci, są nim właśnie te gigantyczne magistrale przesyłowe.
W sensie technicznym internet nie ma końca, ponieważ jest strukturą zdecentralizowaną. Nie istnieje jeden centralny komputer czy serwer, który można wyłączyć, aby „zgasić światło” w całej sieci. Internet to „sieć sieci” (ang. inter-connected networks). Jeśli jeden z serwerów ulegnie awarii, ruch zostaje automatycznie przekierowany inną drogą.
Możemy jednak mówić o „końcu internetu” w kilku innych, bardzo ciekawych kontekstach.
W latach 90. i na początku dwutysięcznych ogromną popularnością cieszyły się humorystyczne strony internetowe, które ogłaszały użytkownikowi, że dotarł do samego końca sieci. Najbardziej znana z nich, działająca pod adresem endoftheinternet.com, witała odwiedzających prostym komunikatem: „Gratulacje! Dotarłeś do końca internetu. Nie ma tu już nic więcej do zobaczenia. Wyłącz komputer i idź pobawić się na świeżym powietrzu”.
Dla przeciętnego użytkownika internet kończy się tam, gdzie nie sięgają popularne wyszukiwarki, takie jak Google czy Bing. To, co widzimy na co dzień (tzw. Surface Web), to zaledwie wierzchołek góry lodowej – szacuje się, że stanowi on jedynie około 4-10% całego internetu.
Reszta to:
Choć internet wydaje się niematerialny, fizycy postanowili obliczyć jego wagę. Wszystkie informacje przesyłane w sieci to w rzeczywistości poruszające się elektrony.
Wybitny fizyk i popularyzator nauki, Derek Muller, opierając się na obliczeniach profesora Russella Seitza, oszacował, że waga wszystkich elektronów tworzących działający internet w jednym momencie wynosi około 50 gramów. To mniej więcej tyle, ile waży jedna średniej wielkości truskawka! Z kolei waga samych danych (czyli ułożenia tych elektronów) to zaledwie ułamek mikrograma – mniej niż najmniejsze ziarnko piasku.
Internet nie ma więc jednego, konkretnego adresu, pod którym można postawić tabliczkę z napisem „Koniec”. To nieustannie rozrastający się, żywy organizm, który zaczyna się w Twojej dłoni, a kończy tam, dokąd tylko sięga ludzka ciekawość i technologia.