Gość (37.30.*.*)
Zastanawiając się nad tym, dlaczego wpisujemy w przeglądarkę akurat te cztery litery, warto cofnąć się do początków globalnej sieci. Choć dzisiaj robimy to niemal odruchowo (a często przeglądarki same ukrywają ten przedrostek), wybór „http” nie był dziełem przypadku ani losowym ciągiem znaków. To skrót, który definiuje fundament komunikacji w internecie.
Zanim przejdziemy do tego, dlaczego nie używamy „ztpr”, musimy rozszyfrować skrót HTTP. Oznacza on Hypertext Transfer Protocol, czyli Protokół Przesyłania Hipertekstu. Każde z tych słów ma ogromne znaczenie dla sposobu, w jaki przeglądamy strony:
Gdybyśmy zamiast tego użyli „ztpr”, musiałoby to coś oznaczać w języku technicznym lub angielskim (który stał się standardem informatyki), aby programiści na całym świecie wiedzieli, jak z tego korzystać. „Http” po prostu opisuje to, co ten protokół robi.
W informatyce i technologii nazewnictwo zazwyczaj dąży do bycia opisowym. Gdyby twórca internetu, Sir Tim Berners-Lee, nazwał swój protokół „ZTPR”, prawdopodobnie musiałby to być skrót od czegoś w rodzaju „Zorganizowany Transfer Plików Rozproszonych”. Jednak w latach 80. i 90., kiedy rodziła się sieć, dominował język angielski, a termin „hypertext” był już dobrze znany w kręgach naukowych.
Stosowanie logicznych skrótów ułatwia pracę programistom. Inne protokoły, które być może kojarzysz, również działają na tej samej zasadzie:
Wprowadzenie nazwy „ztpr” byłoby jak nazwanie samochodu „brum-brumem” zamiast „pojazdem silnikowym”. Może i urocze, ale mało profesjonalne i mało zrozumiałe w międzynarodowym środowisku inżynierów.
Twórca World Wide Web, Tim Berners-Lee, pracując w ośrodku badawczym CERN, potrzebował prostego sposobu na udostępnianie dokumentów naukowych. Wybrał nazwę HTTP, ponieważ precyzyjnie oddawała istotę jego wynalazku. W tamtym czasie istniały inne systemy, jak Gopher, ale to prostota i otwartość HTTP sprawiły, że stał się on standardem. Gdyby Berners-Lee zdecydował się na inną nazwę, dziś prawdopodobnie wpisywalibyśmy ją codziennie w pasek adresu.
To jedna z najciekawszych anegdot związanych z historią internetu. Zapis http:// zawiera dwukropek i dwa ukośniki, które oddzielają protokół od adresu serwera. Po latach Tim Berners-Lee przyznał w wywiadach, że te dwa ukośniki... właściwie nie były potrzebne.
Zostały one zapożyczone z systemu operacyjnego Apollo, którego używał w CERN. W tamtym systemie podwójny ukośnik oznaczał ścieżkę sieciową. Twórca internetu wyznał, że gdyby mógł cofnąć czas, zaprojektowałby adresy bez nich, co zaoszczędziłoby ludziom miliardy uderzeń w klawiaturę i mnóstwo czasu przy wpisywaniu adresów na papierze.
Choć nazwa pozostaje ta sama, technologia pod spodem ewoluuje. Dzisiaj większość stron korzysta z HTTPS (gdzie „S” oznacza Secure – bezpieczny). To ten sam protokół, ale wzbogacony o szyfrowanie danych, co chroni nasze hasła i numery kart kredytowych.
Warto też wiedzieć, że obecnie pracujemy już na wersjach HTTP/2, a nawet HTTP/3. Zmieniają one sposób, w jaki dane są pakowane i wysyłane, aby strony ładowały się błyskawicznie, ale dla nas – użytkowników – nazwa w pasku adresu pozostaje znajomym „http”, bo stała się ona uniwersalnym symbolem bramy do cyfrowego świata.
Czy wiesz, że istnieją protokoły o bardzo specyficznych nazwach? Na przykład protokół IPoAC (IP over Avian Carriers), który jest żartobliwym standardem przesyłania danych za pomocą... gołębi pocztowych. Choć został opisany w oficjalnych dokumentach technicznych (RFC 1149), oczywiście nie jest stosowany w praktyce, ale pokazuje, że w świecie technologii nazwa zawsze musi mieć jakieś uzasadnienie, nawet jeśli jest ono humorystyczne.