Gość (37.30.*.*)
Kiedy myślimy o „Czerwonym Kapturku” czy „Kopciuszku”, przed oczami stają nam kolorowe animacje Disneya, w których dobro zawsze zwycięża, a jedyną karą dla złoczyńcy jest jego własna złość lub niefortunny upadek. Jednak pierwotne wersje tych historii, spisane przez braci Grimm czy Charles’a Perraulta, przypominają raczej mroczne thrillery niż dobranocki. W oryginalnym „Kopciuszku” siostry odcinają sobie palce i pięty, by wcisnąć stopę w pantofelek, a na końcu ptaki wydziobują im oczy. Dlaczego dawniej serwowano dzieciom taką dawkę brutalności?
W dawnych wiekach baśnie nie były traktowane wyłącznie jako rozrywka dla najmłodszych. Były to opowieści przekazywane ustnie, często przy wspólnym ognisku czy pracy, słuchane przez całe wielopokoleniowe rodziny. Ich głównym celem nie było zapewnienie dziecku kolorowych snów, ale przygotowanie go do życia w świecie, który był brutalny, nieprzewidywalny i pełen realnych zagrożeń.
Niewygładzone baśnie pełniły funkcję ostrzegawczą. Las w dawnej Europie nie był miejscem na spacer, lecz siedliskiem dzikich zwierząt i zbójców. Historia o wilku zjadającym babcię miała wywołać paraliżujący lęk przed zbaczaniem ze ścieżki i rozmawianiem z nieznajomymi. W tamtych czasach błąd dziecka mógł skończyć się śmiercią, więc „pedagogika strachu” była najbardziej efektywnym sposobem na wymuszenie posłuszeństwa. Brutalność opowieści odzwierciedlała brutalność codzienności – głód, choroby i przemoc były elementami życia, których nie dało się ukryć pod dywanem.
Dawne legendy miały też silny wymiar moralizatorski i inicjacyjny. Zło w tych historiach było absolutne, a kara za nie – nieuchronna i krwawa. Nie było miejsca na resocjalizację czarownicy czy zrozumienie trudnego dzieciństwa wilka. Taki czarno-biały podział świata pomagał dzieciom zrozumieć normy społeczne i konsekwencje ich łamania.
Co ciekawe, wiele z tych opowieści miało przygotować młodych ludzi do ról dorosłych. Dziewczynki uczono ostrożności wobec „wilków” w ludzkiej skórze (metafora uwodzicieli), a chłopców hartowano, pokazując, że droga do sukcesu wymaga odwagi, sprytu i często bezwzględności. Lęk wywołany opowieścią był formą kontrolowanego stresu, który miał budować odporność psychiczną.
Współczesna kultura zachodnia przeszła ogromną transformację w podejściu do dzieciństwa. Od XIX wieku zaczęto postrzegać ten okres życia jako czas niewinności, który należy chronić przed złem świata zewnętrznego. Proces ten, nazywany czasem „disneyzacją”, doprowadził do usuwania z baśni wszystkiego, co mogłoby wywołać u dziecka dyskomfort.
Główne powody dzisiejszego wygładzania historii to:
Choć niektórzy specjaliści, jak słynny Bruno Bettelheim, uważali, że mroczne baśnie pomagają dzieciom radzić sobie z ich własnymi lękami i agresją, wielu współczesnych psychologów podchodzi do nich z dużą rezerwą. Dlaczego?
Przede wszystkim wskazuje się na ryzyko traumatyzacji. Wrażliwość dzisiejszych dzieci jest inna, ponieważ nie stykają się one z przemocą fizyczną na taką skalę jak ich przodkowie. Obrazy okaleczania czy kanibalizmu, obecne w pierwotnych wersjach baśni, mogą wywoływać lęki nocne i stany lękowe, zamiast uczyć ostrożności.
Kolejnym argumentem jest szkodliwość wzorców społecznych. Dawne baśnie są często przesiąknięte mizoginią, rasizmem czy uprzedzeniami wobec osób z niepełnosprawnościami (gdzie brzydota lub kalectwo niemal zawsze oznaczały zły charakter). Psycholodzy podkreślają, że czytanie dziecku o tym, że „zła macocha” zasługuje na taniec w rozżarzonych żelaznych butach aż do śmierci, nie uczy sprawiedliwości, lecz promuje okrucieństwo i brak empatii.
Warto wiedzieć, że to, co dziś uważamy za „mroczne wersje braci Grimm”, i tak było już przez nich złagodzone. W pierwszym wydaniu ich zbioru z 1812 roku wiele złych postaci to nie macochy, lecz rodzone matki bohaterów (np. w „Jasiu i Małgosi” czy „Śnieżce”). Bracia Grimm zmienili je na macochy w kolejnych wydaniach, ponieważ uznali, że obraz matki chcącej zabić własne dzieci jest zbyt drastyczny dla ówczesnych rodzin. Z kolei usuwali wątki erotyczne (np. ciążę Roszpunki), ale... dodawali więcej opisów przemocy, wierząc, że ma ona wartość edukacyjną.