Gość (37.30.*.*)
Proponowana reforma podatkowa to prawdziwa rewolucja, która uderzyłaby w portfele niemal każdego Polaka, ale jednocześnie mogłaby całkowicie zmienić nasze nawyki żywieniowe. Taki scenariusz zakłada skomplikowaną roszadę: z jednej strony drożeje żywność pochodzenia zwierzęcego oraz produkty uznawane za niezdrowe, z drugiej – zyskujemy na niższym podatku dochodowym i tańszych produktach przemysłowych. Jakie byłyby realne skutki wprowadzenia tak drastycznych zmian w systemie podatkowym?
Najbardziej odczuwalną zmianą dla przeciętnego konsumenta byłby wzrost cen podstawowych produktów spożywczych. Obecnie większość mięs, nabiału i tłuszczów zwierzęcych jest opodatkowana stawką 5%. Podniesienie jej do 9% (a docelowo 9,5%) oznaczałoby wyraźną podwyżkę cen wędlin, wołowiny, wieprzowiny, masła czy serów. Wyłączenie z tego mechanizmu nieprzetworzonego drobiu i ryb mogłoby sprawić, że Polacy masowo przerzuciliby się na kurczaka i filety rybne, co z punktu widzenia dietetyki mogłoby być korzystne, ale uderzyłoby w hodowców trzody chlewnej i bydła.
Jeszcze mocniej oberwałoby się miłośnikom słodyczy i słonych przekąsek. Przeniesienie soli, cukru i słodzików do stawki podstawowej (obniżonej do 22,5%), w połączeniu z dodatkowym podatkiem 1,2% od produktów wysokosłodzonych, sprawiłoby, że napoje gazowane, ciastka czy gotowe dania stałyby się towarami niemal luksusowymi. To klasyczny przykład „podatku od grzechu” (sin tax), który ma zniechęcać do niezdrowych wyborów.
Włączenie olejów tropikalnych do wyższej stawki VAT to ukłon w stronę ekologii. Produkcja oleju palmowego jest główną przyczyną wycinania lasów deszczowych. Wyższa cena tych surowców mogłaby zmusić producentów żywności do szukania zdrowszych i bardziej lokalnych alternatyw, takich jak olej rzepakowy czy słonecznikowy.
Równowagą dla droższej żywności ma być obniżka PIT o 1% oraz spadek stawki podstawowej VAT do 22,5%. To ruch, który premiuje osoby pracujące i zwiększa ich dochód rozporządzalny.
W praktyce mogłoby dojść do ciekawej sytuacji: mniej wydawalibyśmy na nowego smartfona czy buty, ale znacznie więcej na niedzielny obiad z kotletem schabowym i deserem.
Z punktu widzenia państwa, taka reforma ma drugie dno – zdrowie obywateli. Wysokie ceny cukru, soli i tłuszczów nasyconych to sprawdzony sposób na walkę z otyłością, nadciśnieniem i cukrzycą typu 2.
Nie mogę jednoznacznie zweryfikować, czy bilans tych zmian byłby dodatni dla budżetu państwa, ponieważ zależy to od elastyczności popytu (czyli tego, jak bardzo Polacy ograniczyliby zakupy droższych produktów). Można jednak przypuszczać, że wyższy VAT na żywność (która jest produktem pierwszej potrzeby) oraz dodatkowy podatek cukrowy mogłyby z nawiązką pokryć ubytek wpływów z obniżonego o 0,5% VAT-u podstawowego i 1% PIT-u.
Wprowadzenie takich zmian nie obyłoby się bez kontrowersji. Najbardziej ucierpiałyby osoby o najniższych dochodach, które lwią część swojego budżetu wydają na jedzenie. Dla nich obniżka ceny telewizora czy 1% niższy PIT mogą nie zrekompensować znacznie droższego masła, mięsa i cukru.
Z drugiej strony, byłby to potężny impuls dla rolnictwa ekologicznego i producentów zdrowej żywności. Polska mogłaby stać się rynkiem, na którym innowacje w składzie produktów (mniej chemii, mniej cukru) stają się standardem, a nie wyborem premium.
W krajach, które wprowadziły podobne rozwiązania (np. w Meksyku czy Wielkiej Brytanii), odnotowano nie tylko spadek spożycia słodzonych napojów, ale także masową zmianę receptur przez producentów. Często zawartość cukru w napoju spadała tuż poniżej progu opodatkowania, co przyniosło korzyści zdrowotne bez konieczności drastycznego podnoszenia cen dla klienta końcowego. W Twoim scenariuszu próg 10 g jest dość wysoki (standardowa puszka coli ma około 10,6 g / 100 ml), co mogłoby wymusić na producentach jedynie delikatną korektę składu, by uniknąć dodatkowej daniny 1,2%.